Asmistus odłożył miotłę i usiadł na rozchybotanej sofie. Nogą odtrącił spory kawałek gruzu.
- Coś mocnego.
- Źle kończysz pijąc. - mruknął nekromanta spoglądając na resztki zasłon.
- Nie, nie mój drogi Mordimerze. To ONI źle kończą.
Odpowiedzią było głośne westchnienie.
- Dwóch mistrzów magii siedzi jak kury na grzędzie i mam uwierzyć, że nie potraficie doprowadzić tego przeklętego salonu do stanu sprzed kataklizmu? - zmrużył oczy obserwując uważnie.
- Nie zrzędź tylko chodź.
- Ja nie... - warknął tłumiąc przekleństwa.
Wiedział, że z demonem trzeba ostrożnie. W przeciwnym razie wszyscy zamienią się w kupki popiołów.
- To może chociaż napraw stolik?
Asmistus skrzywił się nieco. Dotknął mebel palcem. Zachybotał się grożąc natychmiastowym upadkiem.
- Nieee. No zobacz jak ładnie stoi.
- Ja z wami zwariuję! Mam przywołać nieumarłych? Zrobią porządek lepiej od was!
- Ależ proszę cię bardzo. Chętnie popatrzę. - rozsiadł się wygodnie, z irytującym uśmieszkiem.
Mordimer zawahał się nieco. Nie wiedział co knuje przeciwnik.
- Świetnie! - podszedł do jednego z niewielu całych jeszcze okien.
Otworzył, wyglądając na zdemolowany ogród. Rzucił woreczek z ziołami niewiadomego pochodzenia, szepcząc słowa zaklęcia. Po zaledwie kilku chwilach ziemia nieco się wzburzyła. Ze szczelin wypływał zielony opar. Drgał i falował jakby miał umysł. W mgnieniu oka uformował się w coś na kształt zjawy. Skłonił się przed Mordimerem i spojrzał z cierpliwością nieumarłych na pozostałych. Gdy przemówił, szept przypominał powiew wiatru.
- Panie?
- Czy mógłbyś pomóc w sprzątaniu? Jesteś...a raczej byłeś, no...
- Mógłbym. To twoja małżonka? - wskazał Helenę.
Nekromanta zachłysnął się zaskoczony.
- NIE! Em... tylko...no...
- Rozumiem. Nie musisz się tłumaczyć. - puścił mu porozumiewawczo oczko, wpływając do salonu.
Musnął dłonią zasłonkę a ta ponownie nabrała dawnych kształtów i barw.
<Helenko? ;) >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz