Layout by Raion

środa, 10 czerwca 2015

Od Asmitusa

- Niech wszystkie diabły wezmą tą przeklętą pogodę! - warknął mężczyzna, patrząc krzywo na piękne, błękitne niebo i promienie złocistego słońca przeświecające pomiędzy drzewami.
Jego ciałem wstrząsnęły dreszcze tak mocne, że niemal spadł z konia. Poprawił ciemny, długi płaszcz, skrywający skrzydła i zaklął po raz ostatni, szukając jakiegoś przestronnego miejsca aby przeczekać ten koszmar. Poklepał konia po boku i skierował w stronę pobliskich zarośli. Niestety uparte z zasady zwierzę ani drgnęło. Jego pan spojrzał krzywo na bestyjkę uparcie rzującą czarny płaszcz. Westchnął jak męczennik, zsiadając.
- W sumie spacer też jest dobry. - burknął wymijając zwierzę i wyrywając z jego pyska zmiętoloną tkaninę.
Nie zajmując się dłużej niegodnym, podszedł do pobliskiego drzewa, opierając się plecami. Zmrużył teraz czerwone oczy, nieprzyzwyczajony do tak mocnego światła. Po chwili jego uwagę przykuł nieokreślony hałas. Jakby stado tęgich krasnoludów przedzierało się przez ścieżkę pokrytą małymi kamyczkami. Nie drgnął jednak nawet. Najwyraźniej zbyt znudzony, albo zmęczony, na cokolwiek. Gdy oczom ukazał się niewielki kształt goblina taszczącego kufer, westchnął.
- Długo ci to zajęło. - mruknął niemal szeptem.
Stworzonko sięgające mniej więcej pasa, dyszało głośno, zgięte pod znaczącym ciężarem okutego kufra.
- Dugo?! - wycharczał odrzucając na bok bagaż. - Sam se taszcz drastwo!
Z sapnięciem opadł obok niego, ścierając pot ze złocistego czoła. Właściwie wyglądał jak typowy goblin. Wielkie, sterczące uszy na wszystkie strony. Chytre, zielone oczy. Złocisto miedziana skóra i brudne, skórzane ubranko. Gdy się uśmiechał, zwykle ludziom ciarki chodziły po plecach.
Tym razem jednak jemu przeszły. Przypominając nieco stado rozwścieczonych mrówek wędrujących po plecach. Wszystko za sprawą swojego niedoszłego Mistrza, który teraz stał nad nim jak majacząca góra, w absolutnej ciszy. Obserwując niczym nową ofiarę, czerwonymi oczami.
Goblin ugryzł się w język, klnąc na własną nieroztropność. Nie chciał go bardziej rozzłościć. Nie popełni przecież kolejnego i zapewne ostatniego błędu. Zgiął się w pokłonie, szorując czołem po trawie, Dziwnym trafem teraz była niemal całkowicie spalona. Cóż poradzić. Mistrz gdy się wściekał, dawał temu upust. Tym razem jednak demon szybko stracił zainteresowanie kłębkiem nieszczęść i zajął kontemplowaniem ciekawych kształtów kory pobliskiego drzewa, czym całkowicie wytrącił z równowagi goblina.
Gdy już znudził mu się obiekt zainteresowania, ruszył bez słowa wyjaśnienia przed siebie, zostawiając za plecami nadciągające, burzowe chmury. Coś co kochał najbardziej, deszcz.

 <Ktoś?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz