Layout by Raion

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Od Heleny - Cd. Mordimera

Helena prawie padła Mordimerowi do stup. - Stokrotne dzięki przyjacielu!
- Taaa, teraz to przyjacielu, a wcześniej to "zabij go". No co się tak na mnie patrzysz? Jan wszystko mi wyśpiewał! - Och, Ravanhael tak uwielbia wnerwiać swoją szefową. Kobiety się tak słodko wkurzają. - No ale młodemu przyznać trzeba, firanka ładna.
Tym razem Pani domu zignorowała tamtych dwóch całkowicie. Asmitus i Boreasz niech zajmą się sobą, ona zaopiekuje się gościem wartym uwagi. Lekko skłoniła się mu i jego zjawie (ignorując wcześniejsze "małżonka"). - Bardzo wam dziękuję. Cieszę się, że ten świat nie jest skazany na idiotów, ignorantów i kobieciarzy.
- To chyba była insynuacja do nas - powiedział Boreasz rozsiadając się w rozklekotanym fotelu.
- Nieeee, mówiłam o tym facecie zajmującym się stajnią. I kucharz. Oraz Mr. Vi. Oni to wszyscy straszni ignoranci!
- Piękny sarkazm moja droga. To jak, pijemy w końcu? Nie przyjechałem tu siedzieć.
- Przyjechałeś tu pracować Boreaszu. A jeżeli chcesz pić to sam coś przynieść, cała służba uciekła.
Mag uśmiechnął się pod nosem kierując się do innej części domu. I tak wygląda jego praca od czasu pojawienia się tych dwóch - przynieś alkohol. Nie wiedział czy jest zadowolony, czy zażenowany. Chyba jednak trzeba będzie zrobić tu porządek. Za coś mu płacą. No ale to nie teraz, teraz trzeba wypić. Obgadać. Poznać się lepiej.
***
Wrócił w pięć minut z czterema kieliszkami i czystą wódką przywiezioną... no, nie ważne skąd, ważne że mocna. To dopiero będzie zabawa.
Butelkę postawił przed Asmistusem. - Polewaj.

<Mordimer?> 

niedziela, 21 czerwca 2015

Dd Sakrag'a - Cd. Keiry

Podszedł do dziewczyny. Straciła przytomność.
- Ugh... Znowu się spotykamy... - Spojrzał na nią.- Hmmm... Dobić czy czekać aż się wykrwawi? - Uniósł brew. A może ją przesłuchać? Taa...
Podniusł ją i położył obok ogniska. Opatrzył i związał... tak na wszelki wypadek. Rozejrzał się. Cięciwa kuszy była mokra, więc o polowaniu mógł zapomnieć.
***
Nazajutrz Keira odzyskała świadomość. Było przedpołudnie i piękna pogoda. Rozejrzała się. Na gałęzi na przeciwko wisiała skóra pumy, dokładnie oprawiona. Nad ogniskiem była pieczeń. A ona sama czuła się słabo i była związana. Sakrag, leżący na gałęzi tuż nad nią, zastanawiał się czy go zauważy. Chyba nie, bo próbowała się uwolnić.
- Pomóc w czymś? - Nachylił się nad nią. Ona aż podskoczyła zaskoczona.
- Tyy... - Spojrzała na niego mrużąc oczy.
- Jaaa... c: - Zaskoczył z drzewa. Być może wkurzanie jej będzie o wiele lepsze niż jej dobicie.
- Wypuść mnie albo wydrapię ci te "śliczne" oczka.
- Powodzenia. Powinnaś się cieszyć, że cie nie dobiłem i nie zostawiłem na rozszarpanie kotkowi. - Skinął na skórę
- Rozwiąż mnie! - Mimo zawrotów głowy zaczęła się szarpać.
- hahaheh... Nope. - Przykucnął przy ognisku

<Keira? xd trzeba się postarać o sojusz xd >

Od Keiry - Cd. Sakrag'a

Patrzyła w stronę uciekającego przeciwnika, zaczęła wyklinać na głos. Wyjęła strzały i przykucnęła na ziemię. Była z lekka zmęczona walką, ale musiała go wytropić. Szukała bandaży w torbie. Gdy je znalazła opatrzyła się.

* * *

Rozpaliła ognisko, gdy niebo zalała ciemność. Wysepka po środku jeziorka była idealna by chwilę odetchnąć. Podeszła do brzegu. Zdjęła opancerzenie jakie miała na sobie. Usłyszała jakby mruczenie. Z krzaków niespodziewanie wyskoczyła puma, rzuciła się na Keirę, raniąc ją dość mocno. Odetchnęła od siebie kota i chwyciła za noże. Rzuciła w nią nimi po czym odsunęła się. Kot o dziwo uciekł, rezygnując z dalszej potyczki. Keira osunęła się na miękki piach. Zrobiło jej się słabo. Straciła już dziś za dużo krwi a rany były głębokie. Mimo to starała się wstać. Zauważyła postać idącą w jej stronę. Odsunęła się trochę.
- Nie zbliżaj się- warknęła, oddychając ciężko. Chwyciła za sztylet. Była przerażona choć nie okazywała tego. Postać była jeszcze bliżej. Kawce obraz rozmazywał się przed oczami. Nie rozpoznała kto to.


<Sakrag? Wiem, do dupy :v >

Od Lavender - Cd. Asmistusa

Widok tunelu napełnił ją pewnego rodzaju ulgą. Lavender spodziewała się gorszych widoków, a zobaczyła najzwyczajniejsze w świecie zejście do piwnic. Nic strasznego, zapewne tylko sprawia takie złe wrażenie. Wsunęła lekkie, skórzane buty. Oczywiście na zewnątrz obuwie było nie do końca wyschnięte i pokryte błotem, ale z uwagi na materiał woda nie przedostała się do środka. Kiedy stała tuż za progiem wejścia, uświadomiła sobie, że wciąż trzyma w dłoni kubek herbaty. Prędko odwróciła się i umieściła naczynie na stole, po czym dołączyła do dwuosobowej grupki złożonej z demona oraz towarzyszącego mu goblina. Kojo wyglądał na przestraszonego. Natychmiast zapragnęła nieco podnieść go na duchu.
- Spokojnie, kochany. Będzie dobrze - zapewniła radośnie. Naturalnie nigdy jeszcze nie miała okazji zwiedzić podziemnej części posiadłości, ale nie wiedzieć czemu ufała w swoje słowa i zabrzmiało to całkiem wiarygodnie.
- W takim razie możemy ruszać - zwróciła się do mężczyzny, wstępując na pierwszy stopień. Jednocześnie uświadomiła sobie, że skoro podwładny Asmistusa odczuwa coś na kształt przerażenia spowodowanego rozkazem wejścia do tunelu, to ten strach musi być w jakiś sposób uzasadniony.
- Czy tutaj... jest bardzo strasznie? - spytała, idąc u jego boku. - To znaczy, ja się oczywiście nie boję. Chodzi mi o goblina. Sprawia wrażenie nieco... onieśmielonego - wyjaśniła przyciszonym głosem, zerkając za siebie w kierunku stworzenia.

<Asmistus? Wybacz, że tak długo czekałaś ^^>

Od Cacerdotisy c.d Asmistusa

To było niespodziewane jednak nagle do całej owej sytuacji przyłączył się jak widać przyjaciel demona. Tisa trochę nie nadążała co się dzieje, po chwili otrzęsła się gdy spostrzegła że obcy jej mężczyzna spogląda na nią.
-Nie Panie, ja jestem Cacerdotisa des Longoria.- wstała i lekko się skłoniła okazując szacunek obcemu. Także schyliła się nad pijanym mężczyzną i wzięła trochę proszku który osadził się na jego twarzy. Spojrzała na niego badawczym wzrokiem i powąchała.
-Niesamowite! Sproszkowany elfi korzeń i czy to nie kryształowa gracja? Jest bardzo rzadka, to niesamowite że ją znalazłeś! Ja szukałam jej, jednak nie mogłam nic znaleźć...- powiedziała zachwycona a po jej ciele przechodziły dreszcze szczęścia. Mężczyźni na nią spojrzeli.
-Ona tak często ma?- zapytał Mordimer.
-Tak..- prychnął Asmistus.
-To niesamowite! Zapraszam do siebie Panów... Chciałabym porozmawiać w bardziej spokojnym i bezpiecznym miejscu.- spojrzała na mężczyznę który powoli się wybudzał. Wstała a demony razem z nią, wyszli z tawerny. Tisa zatrzymała się na chwilę i wyciągnęła z torby mapę miasta, od razu ruszyła w stronę swojego domu.
-Po co Ci ta mapa?- zapytał jeden z nich.
-O ja nie mam orientacji w terenie wiec potrzebuje map by się nie zgubić...- po chwili stanęli przed starą kamieniczką, obrastały ja rośliny które wspinały się w stronę dachu. Z domu wyszedł jej sługa.
-Witam Panienkę w domu, widzę że przyprowadziłaś gości..- otworzył drzwi i wpuścił ich do środka.
-Uważajcie jak chodzicie, przepraszam za bałagan.-przeli do wielkiego pokoju dziennego gdzie na podłodze leżały księgi i notatki dziewczyny. Wosk z świec powoli spływał na dębowe drewno, na pułkach były wszelkie rośliny, flakoniki lub słoiki z różnorodnościami. Na suficie wisiały szkielety różnych zwierząt, Tisa rzuciła torbę na stare biurko na którym leżał moździerz i garnuszki.
-Rozgośćcie się~ powiedziała szczęśliwa.

<Asmistus?>

piątek, 19 czerwca 2015

Od Asmistusa - Cd. Cacerdotisy

Asmistus oparł głowę na dłoni i słuchał z zainteresowaniem. Czy udawał? Zapewne. Grunt jednak, że sprawiał odpowiednie wrażenie. W między czasie ładna dziewczyna przyniosła zamówione jedzenie. Posłała demonowi zalotne spojrzenie. Zapewne uciekłaby z krzykiem gdyby miał odkryte skrzydła. Zignorował ją, zajęty towarzyszką. Gdy trzasnęła dłonią w blat omal nie wylała piwa. Asmistus przyglądał się temu z lekkim pobłażaniem. Jakby była podopieczną której właśnie puściły nerwy. Dryblas był jednak innego zdania. Przechodził akurat i dostał dłonią w wielki brzuchol. Zapewne Tisę bardziej zabolało, gdyż nosił stary, ale całkiem porządny napierśnik. Spojrzał wściekły, podchodząc i chwytając ją mocno za ramiona. Uniósł z łatwością, potrząsając.
- Uważaj co robisz głupia! - puścił ją brutalnie aż ponownie usiadła.
Zaśmiał paskudnie. Jakby z tylko dla siebie słyszalnego żartu. Spojrzał niepewnie na siedzącego demona.
- A ty co się gapisz? - splunął, ocierając czerwoną twarz.
- Na kompletnego idiotę, zapewne nie potrafiącego zrozumieć co mówię. - stwierdził z lekkim uśmieszkiem, splatając dłonie przed sobą.
Wojownik zrobił się jeszcze bardziej czerwony.  Warknął coś niezrozumiale, trzasnął dłonią w blat, wylewając piwo.
- Co!?
Asmistus uśmiechnął się porozumiewawczo do dziewczyny. A jednak miał rację. Przeciwnik nie grzeszył rozumem.
- Zrobię ci przysługę, chcesz?
Dryblas podrapał się po głowie. Nie zdążyłby nawet pisnąć, ale wtrącił się ktoś jeszcze. Słychać było tylko ciche puff, gdy chmura ziół została zdmuchnięta prosto w nos przeciwnika. Kichnął, zachwiał się i runął jak długi. Za nim stał młody chłopak z szerokim uśmiechem.
- Asmistusie, znowu ratuję ci życie. - stwierdził dosiadając się do stołu.
- Nie mi, raczej im.
- No... na jedno wychodzi. - spojrzał na dziewczynę i skłonił głowę. - Mordimer Laime. Witam. Czy ten demon Panienkę drażnił?
- Jak każdego. - mruknął w odpowiedzi, niepytany. - Ale jeszcze nie uciekła.

<Cacerdotisy? :D >

Od Mordimera - Cd. Heleny

Asmistus odłożył miotłę i usiadł na rozchybotanej sofie. Nogą odtrącił spory kawałek gruzu.
- Coś mocnego.
- Źle kończysz pijąc. - mruknął nekromanta spoglądając na resztki zasłon.
- Nie, nie mój drogi Mordimerze. To ONI źle kończą.
Odpowiedzią było głośne westchnienie.
- Dwóch mistrzów magii siedzi jak kury na grzędzie i mam uwierzyć, że nie potraficie doprowadzić tego przeklętego salonu do stanu sprzed kataklizmu? - zmrużył oczy obserwując uważnie.
- Nie zrzędź tylko chodź.
- Ja nie... - warknął tłumiąc przekleństwa.
Wiedział, że z demonem trzeba ostrożnie. W przeciwnym razie wszyscy zamienią się w kupki popiołów.
- To może chociaż napraw stolik?
Asmistus skrzywił się nieco. Dotknął mebel palcem. Zachybotał się grożąc natychmiastowym upadkiem.
- Nieee. No zobacz jak ładnie stoi.
- Ja z wami zwariuję! Mam przywołać nieumarłych? Zrobią porządek lepiej od was!
- Ależ proszę cię bardzo. Chętnie popatrzę. - rozsiadł się wygodnie, z irytującym uśmieszkiem.
Mordimer zawahał się nieco. Nie wiedział co knuje przeciwnik.
- Świetnie! - podszedł do jednego z niewielu całych jeszcze okien.
Otworzył, wyglądając na zdemolowany ogród. Rzucił woreczek z ziołami niewiadomego pochodzenia, szepcząc słowa zaklęcia. Po zaledwie kilku chwilach ziemia nieco się wzburzyła. Ze szczelin wypływał zielony opar. Drgał i falował jakby miał umysł. W mgnieniu oka uformował się w coś na kształt zjawy. Skłonił się przed Mordimerem i spojrzał z cierpliwością nieumarłych na pozostałych. Gdy przemówił, szept przypominał powiew wiatru.
- Panie?
- Czy mógłbyś pomóc w sprzątaniu? Jesteś...a raczej byłeś, no...
- Mógłbym. To twoja małżonka? - wskazał Helenę.
Nekromanta zachłysnął się zaskoczony.
- NIE! Em... tylko...no...
- Rozumiem. Nie musisz się tłumaczyć. - puścił mu porozumiewawczo oczko, wpływając do salonu.
Musnął dłonią zasłonkę a ta ponownie nabrała dawnych kształtów i barw.

<Helenko? ;) >

czwartek, 18 czerwca 2015

Od Elizabeth - Cd. Mordimera

Spojrzałam w stronę, z której dobiegł nieznany głos. Ujrzałam oświetlonego blaskiem księżyca długowłosego mężczyznę. Podniosłam się i podeszłam bliżej czarnowłosego.
-Nie zwalisz winy na kolegę. Tobie też się za nią dostanie- uprzedziłam.
-To nie jest mój kolega- prychnął.
Podniosłam przewrócone krzesło i usiadłam na nim. Założyłam nogę na nogę. Dopiero teraz, gdy moje oczy przyzwyczaiły się do półmroku, zauważyłam, że mężczyźni zamienili mój pokój w niewielkie pobojowisko. Poprzewracane krzesła i stół, już nie wspominając o tej nieszczęsnej szybie.
-Załatwimy to teraz, czy poczekamy, aż Twój kolega się obudzi?- zapytałam.
-Powtarzam ostatni raz. To nie jest mój znajomy. Poza tym minie trochę czasu nim wstanie- wyjaśnił.
-Super. Uznajmy, że Ci wierzę. Proszę, popilnuj go przez chwilę, a ja się ubiorę- poprosiłam chłopaka i podeszłam do komody, by wyciągnąć ubranie.
Wyszłam z pokoju i ubrałam bieliznę oraz trochę przydługą bluzkę. Wróciłam do czarnowłosego i jego leżącego kompana. Jeden z nich nadal leżał nieruchomo na ziemi, natomiast drugi usiadł na podniesionym wcześniej krześle. Podeszłam do leżącego, by jeszcze raz mu się przyjrzeć.
-Coś Ty mu tak właściwie zrobił? Już jakąś chwilę temu powinien wstać.

<Mordimer?>

Od Heleny - Cd. Mordimera

Jestem kobietą piękną. Jestem kobietą inteligentną. Jestem kobietą silną. Czemu ja tu leżę? A tak, przez tamtych dwóch... teraz już trzech. Helena, weź się w garść, przeżyłaś dużo gorsze rzeczy. Widziałaś dużo gorsze rzeczy. Sprawiłaś dużo gorsze rzeczy. No już, już, wstawiaj.
Pani domu podniosła się powoli. Otrzepała suknię z resztek ziemi i trawy, po czym ruszyła do dziury. Energicznie poklepała nekromantę po plecach. - No Mortimerze, bo tak się nazywasz, prawda? Zostaliśmy sami wśród dziwaków. Co dwie głowy to nie jedna! - Z tymi słowami żwawo wskoczyła do salonu. Rozejrzała się, zatrzymała. - Czy ja widzę Asmistusa z miotełką? O jejciu, jaki to piękny widok. Sprzątaj dalej kochanie, nie przeszkadzaj sobie.
Helena przeszła cały salon i pobiegła na górę po, hmmm, po coś.
W tym samym momencie wrócił Ravanhael ze szmatą, wiadrem i mopem. - Wiecie co mnie zastanawia? Brak służby.
- Uciekli! - krzyknęła Helena z drugiego piętra.
- Uciekli? Och, widzę że naprawdę wiele mnie ominęło. - I mag zaczął ścierać kurze z tego co zostało. Helena prawie spadła ze schodów gdy to zobaczyła. - Nie wchodź w butach! Podłogę zakurzysz.
- Jakby było tu co brudzić - mruknęła patrząc na tynk walający się po podłodze.
- W takim razie nie gadaj tylko sprzątaj Lady - powiedział wręczając jej mopa. Chwila przetwarzania informacji i ona zaczęła pracować. - Kto by pomyślał, że burdel łączy ludzi, nie?
- ... powiedziałeś to specjalnie, prawda?
- Prawda. Już prawie koniec.
- Koniec? Tynk wala się po ziemi, mam wielką dziurę w ścianie i wszystko pogryzione.
Mag zatarł ręce i podniósł kanapę. - No... Da się na niej siedzieć. - Półtora stolika. - Trochę się gibie ale można korzystać. Teraz ściana - mruknął szepcząc pod nosem jakieś słówka. W stronę dziury wystrzelił lodowy promień, który bardzo ładnie wszystko zasklepił. - O, i jest cacy. To co, pijemy?

<Panowie? ;D>

Od Mordimera - Cd. Elizabeth

Mordimer skradał się niczym kot wzdłuż budynku. Noc była jego sprzymierzeńcem. Idealnie kryła wszelkie ruchy i wiele niedociągnięć. Co innego odgłosy. Nieszczęśnik nie znał się za bardzo na skradaniu i co chwila wpadał w coś hałaśliwego. Tylko szczęśliwemu zrządzeniu losu zawdzięczał nieodkrycie. Śledził pewnego wielkiego jegomościa. Zapewne złodzieja, który nieco wcześniej miał czelność obrabować jego pokój.
Nekromanta zacisnął zęby w grymasie.
- Jeszcze mnie popamięta.
Gdy spostrzegł, że nieznajomy zwinnie znika w oknie, podkradł się bliżej. Zajrzał niepewnie do mrocznego, ale ładnego pokoju. W dłoni ściskał woreczek z alchemiczną mieszanką którą miał zamiar obezwładnić ofiarę. A potem... na twarz wyszedł straszliwy uśmiech.
Zwinnie niczym kulawy kot wszedł do pokoju. Potknął się o stolik, upadł jak długi, klnąc w niebo głosy. W porę wykonał unik widząc zarys złodzieja. Wielki nieznajomy przypominał raczej górę z dłońmi jak kamienie. Jeden trzask po głowie i żegnaj Mordimerze. Nie mógł dać się bardziej zaskoczyć, dla własnego dobra.
Złodziej ruszył niczym pociąg, chcąc jak najszybciej pozbyć się przeszkody. W dłoni błysnęło ostrze. Ciął szybko, klnąc cicho pod nosem.
- I po co mnie śledziłeś głupcze. - wyszeptał.
Nekromanta zbierając się w sobie kopnął przeciwnika który jakimś cudem potknął się o krzesło. Rozległ się nieprzyjemny dźwięk tłuczonej szyby gdy sztylet poleciał w nieodpowiednim kierunku. Mordimer  siebie rzucił mu w twarz woreczkiem. W tym jednym był dobry. Dość dziwna broń odbiła się od bulwiastego nosa rozpryskując pył. Drab padł z zaledwie jednym jękiem na ustach.
- No w końcu. - sapnął siadając pod ścianą.
Miał nadzieję, że go nie zabił. Musiał przeżyć jeszcze trochę. Dopiero teraz spostrzegł drobną osóbkę w ręczniku. Chciał coś powiedzieć, ale najwyraźniej go nie spostrzegła. Przyglądał się jak kuca i dotyka draba, szepcząc coś mogącego uchodzić za groźbę.
- Szyba to nic, nie wiadomo co chciał zrobić w rzeczywistości. - powiedział uśmiechając się niepewnie. - A przy okazji... ładny ręcznik.

<Elizabeth? ;) >

środa, 17 czerwca 2015

Od Elizabeth

W powietrzu było czuć zapach alkoholu i potu. Nieprzyjemna mieszanka, jednak dało się do niej przyzwyczaić. Tego wieczoru w gospodzie było znacznie więcej ludzi niż zazwyczaj. Siedziałam samotnie przy barze, co jakiś czas zamieniając słowo z zapracowaną barmanką. Ładna, miła dziewczyna nieco starsza ode mnie. Można powiedzieć, że przez ostatnie tygodnie złapałyśmy ze sobą dobry kontakt. Wolno piłam zamówione chwilę temu piwo, zastanawiając się nad nowym sposobem na zarobek. Czas mijał mi nieubłaganie wolno, jednak do późnej nocy piłam i prowadziłam rozmowę z młodym młodzieńcem, który dosiadł się do mnie. Gdy w karczmie zaczęły się głośne kłótnie oraz bójki, stwierdziłam, że wypadałoby wracać do domu. Pożegnałam się z chłopakiem oraz z Anną, bo tak miała na imię barmanka, i opuściłam duszną gospodę. Noc była chłodna, a ulice praktycznie puste. Szybkim krokiem ruszyłam w stronę domu. Na szczęście moje miejsce zamieszkania znajdowało się w pobliżu karczmy. Gdy tylko znalazłam się w ciepłym, niewielkim mieszkanku, walnęłam się na łózko. Leżałam tak dłuższą chwilę, jednak w końcu musiałam wstać i wziąć krótką kąpiel. Rozebrałam się jeszcze w pokoju. Ruszyłam do pomieszczenia, w którym stała średniej wielkości balia. Przyszykowałam sobie wszystko niezbędne do kąpieli. Przedłużyła się ona znacznie, i trwałaby pewnie jeszcze dłużej, gdyby nie dźwięk tłuczonego szkła. Westchnęłam, przekonana, że to znowu jakiś pijany starzec pomylił cudzą szybę ze swoimi drzwiami. To byłby już trzeci raz. Złapałam ręcznik i się nim owinęłam. Podreptałam szybko do pokoju, zostawiając za sobą mokre ślady. Na środku pomieszczenia, wśród kawałków dawnej szyby, można było ujrzeć ciemną postać. Szybko do niej podeszłam. Kucnęłam i zaczęłam dźgać osobnika palcem w policzek. Woda z moich włosów zaczęła kapać na twarz obcego.
-Wstawaj- mruknęłam- Nie odpuszczę Ci tej szyby.

<Ktoś?>

Od Mordimera - Cd. Heleny

Mordimer zatrzymał się niepewnie, widząc co się dzieje. Miał dość trudny dylemat. Rąbnąć to wszystko we wszystkie diabły i wracać do karczmy gdzie czekał wynajęty pokój. Do świętego spokoju i z dala od czarowników z irytującym humorem. Albo... spojrzał niepewnie w stronę zgromadzenia. Asmistus ruszył z tym nowym, białowłosym do resztek salonu, a Helena? Czy ona właśnie położyła się na trawie i...
Zawrócił na pięcie w jej kierunku. Z każdym krokiem był jednak coraz mniej pewny.
- W co ja się pakuję? Przecież to jasne, że jestem piątym kołem u wozu. Zupełnie nie potrzebny i...
- Mordi! - wrzasnął uradowany Asmistus.
Chłopak aż się wzdrygnął na dźwięk znienawidzonego skrótu.
- Nie jestem... - zazgrzytał zębami stając w wielkiej dziurze będącej kiedyś oknem, nieopodal leżącej Heleny.
- Nie biadol tylko pomóż.
- Co? Ja tego nie zepsułem.
- Znasz sposób na mokrego psa? - kontynuował demon.
- Zabić go?
- I to jest mój nekromanta! - poklepał go po ramieniu. - Uwielbiam twój czarny humor. Już ci lepiej?
- Nie. - warknął.
Czarownik kiwnął głową.
- Czyli lepiej. - zbliżył się do Boreasza. - Młodzieńcze zakochania. - szepnął niezbyt cicho.
Mordimer zrobił się czerwony i drgnął zdenerwowany.
- Nie jestem... nekromanci są ponad to. - stwierdził z dumą.
- Mhm. Bierz szczotę "panie odseparowany od uczuć". - podał miotłę.
- No chyba ktoś cię kopnął za słabo. - w oczach zamigotały zielone ogniki nekromancji.
- Nie lubisz sprzątać? Trudno. - gwiżdżąc pod nosem zaczął zamiatać salon. - Trochę zajmie, ale niebawem wypijemy coś dobrego.

<Helenko? ;) >

Od Cacerdotisy c.d Asmistusa

Dziewczyna nie zdążyła nic powiedzieć a nagle znalazła się w karczmie. Tisa domyśliła się że demon lubi gdy wszystko jest tak jak on chce.
-Czyli też jesteś alchemikiem?- zapytała z ciekawością, rzadko można było spotkać alchemików zazwyczaj podróżowali lub żyli w odosobnieniu. Jednak nagle podszedł do nich właściciel gospody.
-Co podać?- uśmiechnął się promiennie pokazując swoje zmarszczki. Dziewczyna chciała odpowiedzieć jednak Asmistus ją wyprzedził.
-Miód pitny i jakąś dobrą dziczyznę.- oznajmił i spojrzał zadowolony na Tisę, ona jedynie posłusznie przytaknęła. Mężczyzna zadowolony wrócił za ladę i wydał polecenie kucharzyną.
-A więc jak to jest z twoja alchemią?- zapytał, a jej oczy aż się zaświeciły.
-A więc sama nie wiem, razem z tatą uczyłam się w domu po pewnym czasie zainteresowałam też się zielarstwem. Rośliny są takie ciekawe każda z nich powoduje inny efekt, podobnie jak ważenie eliksirów wszystko musi być dobrze zaplanowane. Jeden błąd i inny efekty wywaru. Tutaj ważne jest to by uczyć się na błędach, czyż nie fascynujące. Chciałabym zostać kiedyś wielkim alchemikiem, stworzyć coś wielkiego jednak moja matka tego nie popiera.. za wszelaką cenę chce mnie wrzucić w ręce jakiegoś Lorda albo Hrabi... A jej chwyty są poniżej pasa.- powiedziała naburmuszona, nigdy nie zapomni jak ona ją okłamała.
-Ja nie wierzę że potrafi być tak cyniczna, wszędzie knuje i spiskuje moje siostry się przed tym nie wybroniły jednak ja nie mam zamiaru jej się słuchać..- aż uderzyła w stół z wściekłością na samą myśl o tym.
-Za kogo się ona uważa? Za boga?- machnęła ręką i przez przypadek uderzyła jakiegoś strasznego dryblasa.

<Asmistus? Przepraszam że tak długo, mam nadzieje że może być ^^>

od Sakrag'a - Cd. Keiry

- Nie, zdecydowanie nie, Więc nie przeciągaj tego. - Uśmiechnął się i znowu do niej strzelił. Trzy strzały w nią trafiły.
- Futiae! - Między nimi wybuchła ściana fioletowych płomieni. Wdrapał się na drzewo.
- Myślisz, że to mnie powstrzyma? - Przeskoczyła przez nie gdy płomienie zrobiły się mniejsze i pomarańczowe. Wtedy zatrzęsła się ziemia. Sakrag, szepcząc zaklęcia, stworzył rozległe pęknięcie w ziemi, które z każdą chwilą się powiększało. Szczelina pochłoniała drzewo na którym siedział. Gdy pień już miał spaść w otchłań, mroczny elf skoczył, zrobił salto i wylądował na drugim brzegu stworzonego "wąwozu". Wyrwał sztylet z tyłka. Z uśmiechem zasalutował czerwonowłosej.
- Wracaj!!! - Rzuciła w jego stronę nożem .
- Mam inne plany na dzisiaj! Aisudes, cerr devi! - Rzucił na nią klątwę. Ogień i szczelina odzieliły ją a on pobiegł w las. Po walce z nią i stworzeniu tak wielkiej rozpadliny był kompletnie wycińczony...
***
Niebo, mimo jeszcze widocznych gwiazd, robiło się coraz jaśniejsze. Ptaki powoli się budziły i zaczynały świergotać. Woda w jeziorze była przyjemnie chłodna. Sakrag ( w samych spodniach) obmywał rany po wczorajszym starciu. Jego ciekawość przykuła wyspa na jeziorze.

<Keira? >

Od Heleny - Cd. Asmistusa

- Co on tam bełkotał? - spytał Ravanhael przyglądając się młodemu nekromacie. - Fochnął się czy zazdrosny? No jestem prywatną tarczą, prawda Helcia?
- Tarcza nie gada. Nie grymasi. Nie chce podwyżki. Nie bierze wolnego.
Mag uśmiechnął się pod nosem. - Nie wiem czemu ja zawsze trafiam na tak arogancie, zarozumiałe, pewne siebie, nonszalanckie, wybredne, wybuchowe, niebezpieczne, humorzaste, wredne, ironiczne, władcze kobiety. Ale i tak jesteś dla mnie jak córeczka - zarechotał bawiąc się jej policzkiem. Uszczypnął ją w nos i ruszył za Asmistusem w stronę rezydencji. - A młody idzie?
- Idzie - mruknęła Helena ciągnąc się za nimi niczym upiór. - Jedyna normalna osoba tu. Chociaż groziła mi zniszczeniem domu przez zombi... ale i tak normalniejsza od was.
- Narzeka i narzeka - mruknął Ravanhael wyrównując krok z nowym kolegą. Helena odniosła niebezpieczne wrażenie, że ci dwa jakoś tak szybko "złapali nić porozumienia". - Przecież ten salon nie wygląda aż tak źle - stwierdził wchodząc przez dziurę w ścianie.
Panna Wetherban załamana padła na kolana przed domem. Położyła się ignorując powiększające się plamy na sukni. Straciła resztki nadziei, że coś ją uratuje.
- Jednak - zaczął mag. Jest nadzieja! - chyba nie mogę tak tego zostawić. Za coś mi tu płacą. - Spojrzał na Asmistusa z tym swoim ironicznym uśmieszkiem. - Zrobisz coś, żeby nie śmierdziało tu... mokrym psem? To chyba najlepsze określenie. Ogarniesz ją - wskazał na szefową. - I uznam że tego nie pamiętam. Później będziemy mogli napić się herbaty lub czegoś mocniejszego.Teraz idę się rozpakować.
- Ja z wami nie piję - burknęła Helena leżąc jak dziecko na tej trawie. Rozwaliła się i patrzyła na chmurki.
- Młody z nami wypije.
- Chcesz go zdemoralizować? Z tobą się nie pije Ravanhaelu.
- Ze mną po prostu żyje się w zgodzie złociutka. - Z tymi słowami ruszył do opustoszałego północnego skrzydła, w którym to rezyduje.

<Noo, ciężko będzie. Asmistusie?>

Od Asmistusa - Cd. Heleny

Mordimer w końcu zszedł z drzewa a Kojo, cóż. Najzwyczajniej zleciał, z głośnym wrzaskiem.
- Prywatna...tarcza? Prywatna? - wyszeptał nekromanta, dosłownie gasnąc jak świeca przez powiew wiatru.
Spojrzał gdzieś w bok, nieco nieobecny. Przetrawiając nowe informacje. Demon tymczasem podszedł do nowo przybyłego i objął jak brata.
- Dobrze cię poznać! Jestem Asmistus Nevalos. Pewnie mnie nie znasz. Taki tam mały, nic nie znaczący czarodziej.
- Właściwie iluzjonista. - dodał Mordimer, podchodząc wymuszenie.
- No... przywoływacz.
- Kanciarz. - nekromanta skrzyżował ręce na piersi, patrząc groźnie.
- Kan...co?! - wrzasnął demon. - Nie, nie... ja prawdziwym magiem jestem. Słowo honoru. - trzasnął się w pierś.
Mordimer prychnął, bynajmniej nie rozbawiony. Widać humor popsuł mu się okropnie.
- Nie wiesz co to słowo znaczy.
Asmistus zmrużył nieco oczy. Nieme ostrzeżenie, że jeszcze chwila i Helenka dorobi się nowego drzewka w ogródku. Zaraz potem uśmiechnął się radośnie. Niczym harpia czekająca szykująca atak z powietrza.
- Ravanhaelu zaprosiłbym cię na herbatę i coś zdecydowanie mocniejszego, ale co dopiero przybyłem do tego jakże urokliwego i zgubionego zapewne miasta. Więc... sam rozumiesz.
Ruszył energicznym krokiem w kierunku domostwa Przywódczyni.
- Nie masz nic przeciw moja droga, że wypijemy w salonie?
- Salon nie istnieje. - warknął Mordimer. - Dzięki temu czemuś. - wskazał łaszący się do nóg demona kufer.
- To Coś ma uczucia. Uważaj nekromanto bo odgryzie ci głowę. - przejechał palcami po chropowatej powierzchni bagażu. - Salon, salon... to on zawsze tak nie wyglądał? Ciekawe. - dodał idąc dalej przed siebie.
Mordimer spojrzał na Helenę. Wydawała się nadal nieco... rozregulowana. Skłonił się sztywno, jakby z grymasem na twarzy.
- Pani wybaczy, ale sądzę, że szanowny mag będzie zdecydowanie lepszą ochroną od marnego nekromanty. - odwrócił się i ruszył przed siebie, chcąc jak najszybciej zaszyć się w jakimś ustronnym miejscu.
Jak najdalej od żywych. Tymczasem demon spojrzał niezadowolony na Helenę.
- No? Jako pani domu powinnaś nas ugościć, nie?

<Helenko? ;) >

Od Heleny - Cd. Asmistusa

Helena spokojnie dokończyła śniadanie ciesząc się ciszą i brakiem towarzystwa dziwnego demona. Umyła się ignorując jego "Nie kąp się beze mnie", ubrała w piękną czerwoną suknię, która symbolizowała jej dobry nastrój tego dnia, wyperfumowała i opadła na łóżko z głośnym westchnieniem ulgi. Szykował się dość normalny dzień.
***
W tym samym momencie na posesję wszedł pan wielki i dostojny. Z włosami długimi i białymi jakby ktoś je normalnie w wybielaczu wymył. Ubrany jak typowy mag. Długi błękitny płaszcz z wielkimi rękawami, jasne spodnie, obroża na szyi (tak, obroża, taka z kryształem w środku) i oczywiście kostur. Wszystko na jak najlepszym poziomie estetycznym. Żwawym krokiem przekroczył próg domu, Jan nawet nie musiał mu otwierać. I aż go cofnęło! - O kurwa! - tak mu się jakoś wymsknęło na widok - Co to za burdel?! - burdelu w salonie. Odszedł wszystko. Skoro tu wszystko zniszczone to gdzie damulka? O cholera, już może pożegnać się z robotą.
Helena słysząc hałas postanowiła zejść na dół. Ją też cofnęło. - O matko! - Taka delikatniejsza wersja. - Co to za dom rozpusty?! Ravanhael! - Para wściekłych oczu spoczęło na biednym magu.
- Czego chcesz kobieto?! Ja dopiero wszedłem!
- Mój salon!
- No twój, twój, raczej nie mój - powiedział spokojnie zapalając fajkę. Zaraz zacznie go jechać, trzeba się jakoś odstresować.
- Miałeś być wczoraj!
- Jestem dziś, nie cieszysz się? Poza zniszczonym salonem wszystko jest w jak najlepszym porządku.
- A jak sądzisz, czemu mój salon jest zniszczony?!
- Aaaa... czyli jednak coś się stało?
- Stało się. Stało! Chodź ze mną.
Panna Wetherban wściekłym krokiem ruszyła do ogrodu. Mag kawałek za nią, z miną niezainteresowanego typa, z duszą pełną podekscytowania. W końcu zaczęło się coś dziać.
Helena bez słowa weszła w to męskie grono złożone z Mortimera, Asmistusa, Kojo i Bagażu (bo to facet, nie?). Nie spojrzała na nikogo. Wzrok miała wbity w ziemię, pięści ściśnięte tak, że kostki zbielały. Wulkan zaraz wybuchnie. - ONI SIĘ STALI!!! - O, i wybuchł.
Ravanhael spojrzał na wszystkich po kolei. Mordimer - Dzieciak. - Kojo - Gnom. - Skrzynia - Skrzynia... - Asmistus - ... facet? No wiecie co? Po tak dziwnej kompani spodziewałem się przynajmniej Miss Polonia 2015.
Helena dochodziła do siebie. Oddech ciężki, dyszy i sapie jak lokomotywa. - Z-R-Ó-B C-O-Ś Z NIMI!
- Taaa, teraz to jest "Zrób coś z nimi", a tak to się nawet nie przywita. Nie spyta co u dzieci słychać.
- Co słychać u córki? - syknęła.
- O! - Mag uśmiechnął się promiennie. - Fatalnie. Facet wymienia ją na młodszy model. Ale o ile młodszy to nie wiem, ma jakieś 20 lat. Jak się o tym dowiedziała normalnie wyglądała dosłownie jak ty! A nawet gorzej. Chociaż... - chwila kontemplacji nad jej stanem. - Nie, jednak nie, to ten sam obraz który widziałem przy wyjeździe.
A facetom tylko głowy latały z panny na nowego gościa. - A ty kto?
Białowłosy skłonił im się głęboko. - Ravanhael Venvered, miło mi - powiedział nadal trwając w ukłonie i łypając na nich tymi kolorowymi oczami. Jednym błękitnym jak lód. Drugim czerwonym jak krew. - Prywatna tarcza panny Heleny.

<No panowie? Wanny nie ma, jest Bori xD>

Od Asmistusa - Cd. Heleny

Przez cały czas dość zabawnej scenki Asmistus leżał z pół przymkniętymi oczami i zadowoloną miną. Spoglądał ze spokojem wokół, sycąc się wszystkim. Dawno nie nabawił się aż tak, kosztem innych oczywiście. Tym bardziej nerwowej kobiety. Zwykle traktowano go nieco inaczej. Chyba jednak dobrze zrobił dołączając do organizacji. Zawsze może zabić przywódczynię nieco później.
Ziewnął, przeciągając ciało leniwie. Wstał, prostując wielkie, czarne skrzydła.
- Jak się spało kochanie? Nie, nie mów. Na pewno cudnie skoro padłaś jak przysłowiowy zombie. - usiadł obok na łóżku i podkradł nieco śniadania.
Skrzywił się z odrazą.
- Ohyda. Jak możesz to jeść? Masz gdzieś wannę? - rozglądał się nieco sennym wzrokiem. - Bez porannej kąpieli jestem potworem.
Usłyszeli mocny huk i trzask, jakby pękającego drewna. Asmistus uśmiechnął się lekko.
- Chyba nasi goście dokazują bardziej niż chciałem. - stłumione krzyki dobiegały z parteru. Jakby wtargnęła tam cała grupa krasnoludów. Gdy jednak wszystko ucichło, demon wstał, z zamiarem pozbierania części ocalałych.
Wyszedł bez słowa z pokoju Heleny. Spojrzał jeszcze u progu.
- Nie kąp się beze mnie. - puścił jej oko, idąc niezbyt pospiesznie na parter.
Oczom ukazał się widok niczym po bitwie. Salon dosłownie w strzępach. Piękna sofa wyglądała jakby ostrzył sobie na niej pazury kot szablozębny. Krzesła niczym gryzak smoka, nawet nieco nadpalone. Tapety spopielone, żyrandol na podłodze, w co najmniej setce części.
Demon zagwizdał z podziwem.
- No ładnie. W tak krótkim czasie? Kojo? - zajrzał pod niewielki stolik ze śladami chyba pazurów. Niestety goblina nadal nie było. - Nie bój się, nie zabiję cię... jeszcze. - dodał szeptem.
Zajrzał do szafy z dziwnymi szkiełkami. O dziwo pozostały całe. Ostrożnie zamknął chwytając jedną filiżankę.
- Mordimer? Żyjesz jeszcze?
Ciche mamrotanie dobiegło od strony okien. Nie mógł zrozumieć słów ale nie zwiastowały niczego dobrego. Demon spokojnie podszedł, podrzucając filiżankę ze znudzeniem. Odsłonił zasłony i zamarł. W ścianie ziała pokaźna dziura do ogrodu.
- No... Helena mnie zabije. Trudno. - wzruszył ramionami idąc po śladach zniszczeń.
Podejrzewał co się stało. Zapewne w końcu zbudzono Bagaż z hibernacji. Może coś go wystraszyło i proszę. Pobawił się gryząc co tylko mógł.
- Biedaczysko. - wśród zadeptanej trawy spostrzegł resztki sofy i jakieś kwiatki. W końcu doszedł do wielkiej polanki, zapewne kiedyś całkiem urokliwej. Wyglądała teraz raczej jak pole bitwy. Na jedynym nie powalonym drzewie siedział Mordimer, rozczochrany i blady. Tuż obok Kojo, wczepiony w korę niczym kot. Na samym dole zaś wielki kufer podskakiwał na tysiącu nóżek, kłapiąc paskudnie wiekiem.
- Em... Bagaż? - wyszeptał.
Dziwna skrzynia stanęła odwracając się przodem do Asmistusa. Z niesamowitą prędkością podbiegła do właściciela. Obiegła wokół i stanęła otwierając wieko. W środku było czyste ubranie, ręczniki, i olejki do kąpieli. Najwyraźniej doskonale znał poranny rytuał.

<Helenko? ;) Dawaj wannę >

Od Heleny - Cd. Aerena

Irytujący człek, chodź Helena zaczynała rozumieć jego zamiłowania do słowa "upierdliwe". Może sama zacznie go używać częściej? Życie rzeczywiście jest upierdliwa. On jest upierdliwy. Ona jest upierdliwa. Trzeba jednak czegoś tu dodać. Może zamienić? Niewygodne = upierdliwe. I mamy!
- Jesteś bardzo niewygodny w rozmowach Aerenie - powiedziała z całą gracją i klasą jaką tylko w sobie miała. Spodobało jej się. - Ależ ja nie wymagam od ciebie rzeczy aż tak wymagających. Jedź ich, wal sarkazmem, ironią i zgryźliwymi uwagami jak leci. Ile dusza zapragnie. Mnie to nie interesuje. Chcę jedynie abyś zajął się tym. Nie masz się co martwić, organizacją zajmę się ja.
- Dobrze, organizacja jest upierdliwa.
Cholernie dziwny człowiek!
Helena usiadła obok niego z oczami świecącymi się jak dwie żarówki. Miała wizję.
- Więc tak... Zajmiemy plac na głównej. Z tym problemu nie będzie, urząd je mi z ręki. Jak chcesz żeby wyglądało twoje miejsce pracy?
- Obojętnie.
- Różowy namiot w cekiny może być? - Przez jej twarz przebiegł wredny uśmieszek. - Dobrze, będzie różowy namiot. I tron jak dla księżniczki. Poczekalnia dla dzieci.
- Jakich dzieci?
- A jakie masz dzieci?
- Ja nie mam dzieci.
- Nie masz dzieci?
- Nie mam dzieci.
- To sobie je załatwisz.
- Eeee?!
- Och żartuję! Żadnych dzieci. Wstęp tylko zwierzęta. Tak?A teraz myśl kolego. Chcę wiedzieć jak ma wyglądać twoje stanowisko pracy. Czego oczekujesz, co chcesz mieć i takie tam. Wszystko.

<Aeren?>

Od Keiry - Cd. Sakrag'a

Kawka przycisnęła mocniej za srebrną rękojeść. Lekko zachwiała się i strzyknęła karkiem, marszcząc brwi. Płomienne włosy opadły jej na ramiona.

 Uśmiechnęła się.
- Nie tylko ludzie- wyjęła strzały jednym sprawnym ruchem.
Zaszarżowała na wroga. Zgięła się przed kolejną strzałą i drasnęła mu pierś ostrzem. Szybko odepchnęła go do tyłu nogą, zanim chwycił powtórnie za miecz. Wytrąciła mu broń z ręki i odrzuciła ją nogą. Przyłożyła mu swoje ostrze do gardła, lekko nacinając. Spojrzała mu w całkowicie czarne, puste oczy. Mruknął zaklęcie i znów odrzuciło ją. Zatrzymała się, ryjąc butami ziemię. Powtórnie krzyknął coś dla niej niezrozumiałego. Mimo ciemności dość dobrze widziała, dzięki przyzwyczajonemu wzrokowi. Niespodziewanie straciła grunt pod nogami. Starała się złapać jakiś korzeń. Udało się kilka metrów niżej. Starła przy tym ręce, ale niezbyt jej to przeszkadzało. Zaczęła klnąć pod nosem i wyzywać mrocznego elfa. Wspinała się i podciągała, by tylko znaleźć się na górze.
- Nawet bawić się nie umiesz... - mruknęła, patrząc na przeciwnika, pewnego, że miał ją z głowy.
W jego tyłku zatopił się jeden z jej noży. Uśmiechnęła się drwiąco.
- Z Keirą się nie zadziera.
Zacisnęła pięści i podbiegła do niego. Zanim zareagował uderzyła go w twarz, schyliła się unikając ciosu, który chciał jej zadać. Jednak następny zwalił ją z nóg. Mierzył w nią kuszą. W ostatniej chwili przetoczyła się na bok i wstała błyskawicznie.
- Chyba obydwoje nie mamy zamiaru się poddać. Prawda?



<Sakrag? Lel :v >

wtorek, 16 czerwca 2015

Od Perdity - Cd. Agares

- Nie znam ciekawych histori. - zaczęła Perdita - Ale za to bardzo spieszy mi się do miasteczka.
Kobieta omiotła wzrokiem pobliską okolice. Wydawała się obumarła. Nie licząc niej samej, tego dziwnego typa i Bagażu nie było tu nikogo.
Na czole dziewczyny pojawiła się mała zmarszczka gdy ta usilnie nad czymś myślała. W rzeczy samej nie było tu nikogo. Stało tu pare domków z drewna, stodół z drewna, stajni z drewna, kurników z drewna, była tu nawet karczna w całości wykonana z DREWNA. Odpowiedź była oczywista.
Perdita aż oblała się rumieńcem gdy pomyślała o własnej głupocie. Mapa, którą to ostatnio uznała za nieprzydatną wcale się nie myliła. Tutaj był kiedyś gęsty las, jednak został on wycięty. Najwidoczniej wcześniej istniało wielkie zapotrzebowanie na drewno. Nawet ta mieścina, w całości z niego wykonana, nie mogła zużyć takich jego ilości. A to znaczy, że w pobliżu znajduje się wielka metropolia lub trakt kupiecki, którędy przewożonoby takie ilości surowców.
Dziewczyna omiotła wzrokiem swojego rozmówce. Nie wyglądał on na posiadacza skrzydeł. Był zbyt czysty jak na długą wyprawe, nikt mu nie towarzyszył, nie miał nawet walizy, skąd mógłby wziąźć czyste ubrania. W pobliżu nie stał wóz, który by mógł go przewozić.
Więc miasto, do którego tak uparcie dążyła było blisko. Tylko przydałoby się sprawdzić na mapie jak trzeba iść.
Perdita, uważnie obserwowana przez jedyną człekokształtną istote na tym klifie, pospiesznymi ruchami podeszła do Bagażu. Ten widząc jej mine, bez oporów otworzył wieko. Chwilę później dziewczyna patrzyła na mapę z dziwną mieszaniną uczuć. Nie chciało jej się wierzyć, że to ta okolica. Jednak gdy przyjżała się uważniej konturą na mapie, rozpoznawała niektóre charakterystyczne punkty.
Teraz, wiedząc którędy musi iść, Perdita miała tylko jeden mały problem. Ten problem przyglądał się jej, oddalony o trzy kroki.
Asaur, jak wywnioskowała dziewczyna na pewno był niebezpieczny.
- W sumie znam jedną ciekawą historie... . Chcesz posłuchać?
Mówiąc to, ponownie sięgnęła do kufra. Tym razem wyciągając napar na bazie perfum. Spryskała się nim i ponownie odłożyła do Bagażu.
- Chce. - stwierdził krótko.
- Słyszałeś opowieść o gwiazdach, Słońcu i Księżycu? - Perdita zrozumiała zdanie "Jak już opowiesz mi wszystkie ciekawe historie jakie znasz..." dość dosłownie.
- Nie, nie znam.
Asaur nawet nie powiedział czy oczekiwał tego typu histori. Rozsiadł się tylko wygodnie i wbijał wzrok w dziewczyne. A ta zaczęła opowiadać:
- Już na początku świata istniał alkoholizm. ON stworzył go tóż po narodzinach naszego świata.
Z jednej ze swoich przepastnych kieszeni dziewczyna wyciągnęła pustą buteleczke po perfumach, którą to powolnymi ruchami napełniała piaskiem.
- Był zbyt zdesperowany by uciec od tego co sam wymyślił - Pedita kontynuowała - jego dzieła są niedoskonałe, tak jak ON sam był. Alkohol pomagał pogodzić mu się z porażką.
Dziewczyna poruszyła buteleczką trzymaną w dłoni niczym kieliszkiem.
- ON umierał.
Perdita spojrzała w oczy asaura.
- A jego zapomnienie się kończyło.
Mówiąc to, dziewczyna przechyliła buteleczke, pozwalając by piasek wysypywał się z niej cieniutkim strumyczkiem.
- Pewnego dnia gdy została mu tylko połowa buteleczki.
Perdita uniosła naczynie na wysokość ich złączonych spojrzeń. Przeniosła nań wzrok.
- Wtedy dotarła do NIEGO gorycz porażki. Był wsciekły, i to bardzo. W desperacji chciał zniszczyć to, co stworzył. Sprowadził potop. Jednak to nic nie dało, storzenia pragnęły żyć, a obdarzone wolną wolą potrafiły współpracować.
- A alkohol się kończył.
Teraz, w buteleczce zostały dwa milimetry piasku, nim Perdita ponownie powstrzymała jego wysypywanie się.
- Do dwóch wiecznościach, gdy ludzie wypełzli z jaskiń, ON się poddał. Zabił się, a bardziej pozwolił na to by upływający czas na niego wpłynął i zabrał go z tego planu. Umierając wypuścił z ręki swoje zapomnienie.
Mówiąc to, Perdita upuściła buteleczke z cieniusieńkiego szkła na pobliski kamień.
- Butelka z ambrozją rozkruszyła się, złoty, szlachetny alkohol zmienił się w kałuże. Ze ścianek naczynia został tylko pył, a denko pozostało nietknięte.
Dziewczyna nakierowała spojrzenie asaura na wcześniej trzymaną przez nią buteleczke, teraz rozkruszoną. Wyglądała ona tak jak w opowieści.
- Ludzie w swej naiwności nadali im nazwy. Słońce - ambrozja, Księżyc - denko, gwiazdy - ścianki butelki, a wszystko to uznali za piękne, nie zauważając, że jest to tylko nieszczęście.
Po skończonej opowieści, Perdita powoli wstała i ruszyła w strone drogi. Wiedząc, że napar usypiający nie zadziałał mogła mieć tylko nadzieje, że historia do tego stopnia rozśmieszy lub zaintryguje tego mężczyzne, iż ten da jej odejść.
Z duszą na ramieniu przeszła może z trzy kroki, a wtedy wszystko się wyjaśniło.

< Agares? Dasz mi odejść? czarna - to, że on ma umiarkowanie dobry humor wcale nie znaczy, iż nic mi się nie stanie XD. Dlatego staram się zwiać. >

Protestan - Elizabeth Dee Clavens

Szef Protestan przeżył mały szok. Jego szeregi zasiliła Elizabeth Dee Clavens, dziwnie nie pasująca do działań tejże organizacji. Ale to nic, może wniesie powiew świeżości?

Od Satriny Cd. Asmodeusza

Przycupnąwszy na schodach, obok mężczyzny, wsłuchiwałam się uważnie w jego słowa. Nie chciałam, żeby cokolwiek mi umknęło. Śpiewałam? Tańczyłam? Wyrywałam facetów? Hmm... nie mogłam zaprzeczyć, gdyż takie rzeczy robiłam nawet na trzeźwo. Ale ciasta? Żeby bredzić coś o ciastach, to naprawdę musiałabym być nieźle upita. Przecież rzeczywistość była taka, że prędzej spaliłabym całą wioskę niż upiekła coś jadalnego. Mogłam jeść - w porządku. Ale sama coś zrobić... niekoniecznie. W dodatku As chyba coraz bardziej się rozkręcał. Mówił prawdę, czy był tak dobrym aktorem? To pytanie wciąż krążyło mi po głowie.
- Wieeesz... - zaczęłam, uśmiechając się nieznacznie. - O cieście możesz raczej zapomnieć.
- A to niby czemu?
Wyglądał na naprawdę oburzonego...
- To znaczy, przynajmniej o takim zrobionym przeze mnie. Raczej nie jestem tym typem dziewczyny. Od gotowania i pieczenia wolę... no cóż, nieco inne zajęcia. Jeśli chcesz, mogę ci co najwyżej załatwić jakieś od kogoś innego.
Oparłam podbródek na dłoni zwiniętej w pięść. Zastanawiałam się, o co mogłabym go zapytać, aby ewentualnie potwierdził rzekome wydarzenia z imprezy Lucyfera.
- Hmm... A powiedz mi... Skoro ze mną tańczyłeś i w ogóle... pamiętasz może czy mówiłam coś jeszcze? Albo czy doszło między mną a kimś do czegokolwiek? Niekoniecznie musi to być to, co pierwsze przychodzi ci do głowy... - zastrzegłam. - Ale to też. Wiesz, lepiej wiedzieć, czy mam się w najbliższym czasie spodziewać jakichś odwiedzin, kłótni, gróźb, zażaleń i tym podobnych.

<Asmodeuszu? :3>

Od Asmodeusza - Cd. Satriny

Asmodeuszowi pomysł z niebiańską wierzą trochę się odwidział i przy najbliższej okazji po prostu usiadł na schodach pierwszego lepszego domu. Poklepał miejsce obok siebie. - Potupaja u Lucyfera - powtórzył z lekkim uśmiechem na ustach. - Coś czego się nie zapomina. Chociaż trzeba powiedzieć, że mają tam wstęp tylko "wybrani". Pierwszy, lepszy podrzędny demon nie ma tam wstępu. A wiesz dlaczego? Ponieważ szatan musi trzymać poziom.
- Czyli ja mam TEN poziom?
Pytanie jak najbardziej na miejscu. Konkretna jest. - Najwyraźniej. Nie wiem, nie ja robiłem list... chociaż czekaj, a to nie było tak że on zgarniał wszystkich jak leci? - Demon zmarszczył czoło próbując sobie cokolwiek przypomnieć. Aktor z niego pierwsza klasa, oszukał sam siebie. Sam zaczął zastanawiać się jak to było. - Ach, no nie pamięta. Jednak sama impreza mocno wyryła mi się w umyśle. Te tańce... te śpiewy! Znaczy ja nie śpiewałem, bo mój głos przypomina odgłosy jakie wydaje szczekający buldog.
- Powiedz mi coś o moim zachowaniu.
- Co tu dużo mówić? Tańczyłaś. Śpiewałaś. Wyrywałaś facetów. Potem musiałem odstawiać cię pod pierwszą lepszą spelunę, taka uchlana byłaś. Bełkotałaś coś o ciastach. Nawet obiecywałaś, że jedno przyniesiesz mi w podziękowaniu. Do tej pory go nie dostałem.
- P-przepraszam?
- Tylko przepraszam? Ja chcę ciasto.
On chce ciasto.
- Z truskawkami najlepiej. I jagodami! Tak, tak, jagody dobra rzecz. Nigdy nie wiesz czy to wilcze czy nie wilcze. A przynajmniej ja tego nie wiem.

<Satriny? xD>

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Od Heleny - Cd. Asmistusa

Przyjemne otyle o ile nie mówi przez sen. Lub nie śpiewa. Dość często zdarza jej się to pierwsze, drugie rzadziej. Kiedyś była nawet zabawna sytuacja w której leżąc na plecach uniosła do góry wszystkie kończyny licząc czas "do odlotu". Później wypierała się, że nic takiego nie miało miejsca.
Cóż jej się śniło? Nic się nie śniło. Zasnęła szybko, obudziła się z pierwszym promykiem słońca. Spojrzała na zegar: 6.00. To jest dopiero wyczucie. Zaraz przyjdzie służąca, spyta się jak się spało, postawi śniadanie, odsłoni okna, przygotuje suknie i wyjdzie jak zawsze uśmiechnięta.
Helena ziewnęła kilkakrotnie i znów się położyła. Będzie korzystać z tych chwil spokoju puki może.
Puk. Puk. Puk.
Nawet jeżeli nie dostanie odpowiedzi to wejdzie. O, właśnie weszła. Taca ze śniadaniem, promienny uśmiech, ale chwila, czemu ona się zatrzymała?
- P-pani, przepraszam, może przyjdę później... - Zaczęła powoli się wycofywać.
- A czemuż to? Nie pogardzę śniadaniem w swoim własnym domu.
- D-dobrze pani, w takim razie zaraz wrócę z porcją dla dwóch osób.
- Jakich dwóch osób?
Czyżby chodziło jej o Maurycego? Coś jej się musiało chyba pokręcić w tej młodej główce. Helena wychyliła się do przodu żeby przywitać się z pupilem. Całkiem o nim zapomniała.
.../.../...
- O Boże przenajświętszy i wszystkie demony! Asmitus! - To taki szok, że aż ją machnęło do tyłu. Spadła. Znowu. Odezwał się instynkt terytorialny dziecka. Helena wczołgała się pod łóżko i wyszła z drugiej strony (a raczej wyszła jedynie głowa). Spojrzała na niego gniewnie. - Co ty robisz na mojej podłodze?!
- Leżę.
- Leżysz! Ha! Jeszcze czego! A gdybym ja ci powiedziała, że leżę na twojej podłodze do uwierzył byś mi?!
- Raczej tak.
- Pani, może przyjdę później? - spytała zbita z tropu służąca.
- Nie! Zostań, będziesz świadkiem.
- Świadkiem czego pani?
- Jeszcze nie wiem, ale skoro on tu leży to nie może dobrze się to skończyć. Albo nie... Nie ma go tu.
- Chyba jednak jestem.
- Nie ma. - Helena wyczołgała się z drugiej strony, wdrapała na łóżko i czekała na typowy rozwój wydarzeń. - Wyjdź i zacznijmy to normalnie.
Szefowej się słucha. Młoda kobieta wyszła zamykając za sobą drzwi.
Puk. Puk. Puk.
Weszła. Ponad wszystko próbowała ukryć zmieszanie. - Dzień dobry, jak się spało? - dość drętwo.
Helena natomiast nie miała najmniejszego problemu z odgrywaniem tej sceny. - Dobrze, dziękuję.
Dziewczyna oddała tacę ze śniadaniem szefowej, odsłoniła okna (od razu jaśniej się zrobiło), z garderoby przyniosła suknie. Piękną, krwistoczerwoną suknie. - Smacznego pani. Czy przynieść coś jeszcze?
- Nie, dziękuję. Możesz odejść.
I oto kolejny dowód na to, że niezła z niej aktorka. 

<Asmitus? Śniadanko, ale nie dla ciebie :P>

od Sekarg'a - Cd. Keiry

- Co do twojego pytania, to tylko ja jestem takim nerwusem. - Wyrwał sztylet z barku i uleczył się na tyle ile mógł. Następny sztylet zatrzymała niewidzialna tarcza. W odwecie rzucił jej prosto w twarz... Ropuchę.
- Normalny jesteś!? - Z obrzydzeniem strzepneła z siebie stworzonko.
- Nie c:
- Po co się głupio pytam. - Zwinnie unikała strzałów z kuszy. Jak ona to ku*wa robi?
- A co do twojej rasy, to tylko ty tak ciągle gadasz czy reszta też jest taka chałaśliwa? - Zmienił taktykę. Kuszy użyje gdy nie będzie się tak wiercić. Kolejny sztylet czerwonowłosej napotkał barierę.
- Daj się pobawiić!
- Pobawić? Dobrze jak chcesz... - Jego źrenice stały się nienaturalnie duże, aż całe jego oczy były kompletnie czarne, ognisko przygasło do takiego stopnia, że było widać tylko zarysy walczących. Ale Sakrag widział doskonale. Strzelił, dwie strzały trafiły, ale o dziwo dziewczyna jakby tego nie zauważyła. Podbiegł do niej z mieczem. Po lesie roznosiły się dźwięki metalu uderzającego o metal. Odskoczył, uniusł otwartą dłoń.
- Arce muro ferr! - Niewidzialna siła uderzyła dziewczynę odpychając aż na drzewo. Taak, teraz rozumiał dlaczego to ona miała go zabić. Idealnie się do tego nadawała.
- Tak, zabawa zaiste wyborna.
- Chcesz się pobawić w "Zgadnij gdzie ci to wsadzę?" - Wstała. Uzbroiła się w sztylet. W odpowiedzi zupełnie zgasił ogień. Szara mgła otoczyła ich.
- Ludzie są jednak dziwni...

<Keira? Walka dekady, mistrz kuszy kontra mistrz unikania strzał xd >

Od Asmistusa - Cd. Heleny

- Co z Lady? - zapytał Mordimer zachodząc mu drogę.
- Kim?
- Daj spokój. Wiesz o kogo...
- Aaa denatka? No leży sobie. - odparł z uśmiechem demon, wymijając go. - Widziałeś gdzieś poduszki?!
- Denatka?! Coś ty zrobił!
- Poduszki. Skup się, choć raz.
- Asmistusie! - nie ustępował, tupiąc nogą.
Demon westchnął, siadając na podłodze obok kufra. Gładził delikatnie jego powierzchnię, niemal instynktownie.
- No żyje, żyje. - wstał szukając dalej poduszek. - Przynajmniej na razie. - dodał znacznie ciszej.
- Po co ci poduszki? Nie sypiasz.
- Mhm a widziałeś jakąś? Mam!- wydobył z szafy i z dumą zdobywcy ruszył ponownie do komnaty Heleny.
- Co Ty... - zaczął ponownie nekromanta.
Nie dokończył gdyż demon stanął z iście diabelskim uśmiechem.
- Drażnisz mnie. - rzucił w jego stronę jakiś przedmiot. Niepozorny i błyszczący. Chłopak nie zdołał się uchylić. Niby nic wielkiego. Niepozorna fiolka z błyszczącym płynem, rozbiła się u jego stóp. W jednej chwili owionęła go chmura dymu. Nie zdążył nawet pisnąć. Na miejscu Mordimera stał ładny wazonik.
- No widzisz? Mnie się nie denerwuje. - chwycił przedmiot, odstawiając na komodę.
Westchnął zadowolony, napawając się ciszą. Uchylił drzwi komnaty Heleny. Czuł mocny zapach świeżo zgaszonej świecy. Wszedł na paluszkach, idąc do łóżka. Ułożył poduszkę zaraz obok, na podłodze. Wyjątkowo cicho zajął w miarę wygodną pozycję. I tak nie miał zamiaru spać. Nigdy nie sypiał. Ale wsłuchiwanie się w oddech Heleny było całkiem przyjemne.

<Helenko? ;) Śniadanko? >

Od Heleny - Cd. Asmitusa

I co kurde, czy on nie jest irytujący?! Tak panoszyć się w jej własnym domu! Idiota, cham, ignorant. A właśnie, chyba trzeba wziąć się za pisanie tej powieści. Helena usiadła przy biurku z piórem w ręku. O dom się nie martwi, poza Janem, Maurycym i służącymi ma jeszcze kilku innych "osobników". No ale to mało warze (jak dla niej), przynajmniej w tej chwili.
"Czemu czerpię przez tą miłość?" Tiaaa, miłość. Zabić, poćwiartować, spalić. "Zamknięta w klatce jak niewolnica. Niewolnica człowieka, który nawet mnie nie zauważa. Okrutna jest wola skrzydlatego amora." I tyle by było jeżeli chodzi o wenę twórczą. Helena starannie schowała świstek papieru pod stertę książek. I teraz idziemy spać.
Łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić. Ciekawe co tam z Mordimerem? Nawet go polubiła. Chociaż to wróg. Ale chwileczkę, przecież Asmitus nie jest lepszy. Nie wiedziała co o nim myśleć. Intrygował ją, a jednocześnie ma ochotę go zabić. Jeżeli to możliwe.
Co by tu... Powieść. Helcia ma już nawet pomysł na pierwszą przygodę inspirowaną dzisiejszymi zdarzeniami. Zamiast Kojo da się Mordimera. Konflikt. Tylko co by tu zrobić z Asmitusem i jego brakiem zainteresowania? Trudno zrobić z tego konflikt, chyba że postacie będą się nielubić w takim stopniu jak ci dwaj. O! A gdyby zrobić z nich braci? Nieee, to już za bardzo tandetne. Em, pomyśli o tym jutro. Teraz naprawdę idzie spać. Głowa boli ją niemiłosiernie. Jest gorąco. Duszno. Huh.
- Dobranoc moja kochana rezydencjo. Dobranoc duchy. Dobranoc ja.

<Asmitusie? Monolog wewnętrzny xD>

Od Asmistusa - Cd. Heleny

Mordimer widząc, że zapisała mu statek aż oniemiał. Jeszcze nigdy nikt czegoś takiego nie zrobił. Nie wiedział co powiedzieć. Zupełnie.
Natomiast Asmistus spoglądał na nią w milczeniu. Niczym kot gotowy do skoku na ofiarę. Jego oczy miały teraz absolutnie czarną barwę. Na dźwięk słowa "luby" drgnęła mu powieka. Gdy lady wspięła się na stołek, Mordimer ruszył z wrzaskiem na ustach by ją powstrzymać. Demon w odpowiednim czasie podłożył mu nogę aby na pewno nie zdążył. Pech chciał, że wywracając się runął na nieszczęsną kobietę, rechoczącą z nie wiadomo czego. W rezultacie leżeli razem na ziemi.
- No proszę. Jesteś pewna, że nie pomyliłaś lubych? - zadrwił demon.
Mordimer zrobił się całkowicie czerwony, wstając niemrawo.
- Wybacz Pani. Ale to było wyjątkowo głupie! - warknął odwracając się by ukryć zażenowanie. - Nie można igrać z własnej śmierci.
Poczuł mocne klepnięcie w plecy. Demon zdążył wstać i odepchnąć go na zalegające strych graty.
- Nie biadol, wyszło jej świetnie. Dawno się tak nie bawiłem. - chwycił testament, chowając bezpiecznie do wewnętrznej kieszeni płaszcza.
Można powiedzieć, że dokument przepadł w mroku. Następnie podał dłoń Lady, zmuszając do powstania.
- To jak moja luba? Kiedy organizujemy stypę? Zawsze możemy pochować kogoś innego. Chociaż na Twój pogrzeb przyjdzie więcej osób. - ucałował ją lekko w dłoń.
Mordimer wygramolił się zza zakurzonych sprzętów.
- Ignorant z ciebie. Nikogo nie będziesz zabijał. - stwierdził nekromanta.
- Nie? Mmm już to zrobiłem. - stwierdził z prostotą. Ponownie zwrócił się do Heleny. - Ale nie ważne. Mam wrażenie, że powinnaś iść spać. Ale dla pewności zwiążę cię, byś znów nie chciała się wieszać. - pacnął ją w nosek, chwytając pod rękę aby nie uciekła.
Zaczął prowadzić w dół, do poprzedniej komnaty.
- Masz szczęście, że nie wnerwiłaś naszego nekromanty. Byłby zdolny wskrzesić cała okolicę dla ciebie. Chociaż mogę się mylić. - doszedł z kobietą do progu i wepchnął niezbyt delikatnie. - A teraz idź spać bo rano będziesz wyglądać jak upiór. - posłał jej uroczy uśmiech, zamykając drzwi.

<Helenko? ;) >

Od Heleny - Cd. Mordimera

Został zignorowany. Helena ruszyła na strych gdzie już miała przygotowaną linę.
 - Dziękuję że mi przypomniałeś drogi Asmitusie - Helena zaklaskała kilkakrotnie. - Papier, pióro, stolic, świeca i lak.
Miała to w pięć minut. - A więc tak... "Ja, Lady Helena Susana Wetherban, córka Lorda Hostera Mantura Wetherbana i Lady Milov Wetherban, wnuczka lady Mamasy i Morra Wetherban, kuzynka księcia Jakuba Harvelta, siostrzenica biskupa Pawła Macieja Koronkowego, ciotka małej Marisy Mentelej i Huberta Mentelej, oświadczam iż, willę nad morzem przekazuję w ręce Asmitusa Nevalosa. Następcę, w którego ręce kładę los naszej organizacji."
- A co z tym domem? Ja chcę ten dom.
- "Mój dom rodzinny przepisuję na Maurycego, mojego ukochanego przyjaciela i jedynego wsparcia w tym marnym życiu." - Na chwilę przerwała pisanie patrząc na zebranych. - "Mordimer [nazwisko wstawić po mojej śmierci] dostanie statek mojego imienia. Niech mu służy. W swej ostatniej woli pragnę poprosić, aby pilnował mego lubego, Asmitusa, ażeby nie zrobił niczego nazbyt głupiego." - Głęboki wdech. - "Jan przeniesie się do siedziby pod lasem w północnym mieście. Żyj tam aż do śmierci. Długo i szczęśliwie."
- Pani...
- Tak Janie?
- Dziękuję za twą łaskawość, jednak chyba powinienem zostać z paniczem Maurycym.
- Rzeczywiście. Dziękuję Janie. - Wykreślamy ostatnie zdania. - "Jan zostanie wraz z Maurycym służąc mu wiernie do końca swoich dni." Teraz lepiej?
- Dużo lepiej pani.
- Lina!
Helena spojrzała kontem oka na reakcję tego nowego - Mordimera. Chyba szykował się na kolejną porcję kazań.
Nie czekając na pomoc, wdrapała się na stołek i już już sięgając po linę.
- Pani, nie sądzę żeby był to dobry pomysł!
No jasne że nie jest. A jego panika jest tak zabawna, że aż biedna spadła z tego stołka. Śmiejąc się w głos. Upadła twardo na cztery litery. Mimo to zaśmiała się głośniej. - Jesteś genialny! - Tia, jeżeli się nie powiesiła to zaraz umrze ze śmiechu. To jest pewne. Znokautowali ją.

<Mordimer? xD>

Od Mordimera - Cd. Heleny

Mordimer stał przez chwilę z coraz bardziej czerwoną twarzą. Nie wiedział co powiedzieć. Tymczasem demon prychnął rozbawiony i wyciągnął się wygodnie. Podłożył ręce pod głowę.
- Cudnie, zostałem zastępcą. Wolałbym przywódcą, ale jeśli się powiesi, w sumie też będzie awans. Jak miło.
- C...co?! Jak tak możesz! - warknął nekromanta odprowadzając Helenę wzrokiem. - Nie możesz jej na to pozwolić.
- Właśnie to robię. - spojrzał na swoje paznokcie z przejęciem. - Jedna dusza więcej w czeluściach piekieł.
- Chyba mówiła coś o aniołach.
- Taaa. Jak każdy.
Mordimer prychnął wściekle, idąc za kobietą. Nie miał zamiaru pozwolić na coś takiego. Już niemal ją dogonił, gdy poczuł rękę na ramieniu. Demon kroczył tuż obok z dziwnym uśmiechem.
- Co. Zmieniłeś zdanie? Pomożesz mi? - zapytał Mordi.
- Nie. - podbiegł do kobiety zrównując się. - Wiesz... musimy tyle dopilnować. Masz testament? Musisz co nieco zmienić, w końcu komu zapiszesz dom? Ja mam go tylko zdemolować i spalić do cna. A! I nie martw się. Zajmę się duszyczkami z organizacji. Zrobimy piękną imprezę pożegnalną. Przez tydzień nikt nie będzie trzeźwy.
- Jesteś potworem! - warknął z tyłu Mordimer.
- Dopiero teraz to wiesz? Demonem, gwoli ścisłości. - ponownie spojrzał na Helenę. - W sumie szkoda cię będzie. Nie jesteś aż tak brzydka. Spalę dom dopiero po pogrzebie. Obiecuję. - skłamał zwinnie.
Najwyraźniej aż za dobrze się bawił. Mordimer natomiast wprost przeciwnie. Potraktował słowa dziewczyny śmiertelnie poważnie i zaszedł jej drogę.
- Nie możesz tego zrobić Pani. On właśnie tego chce. Nie będziesz jego pierwszą ofiarą. Po śmierci staniesz się sługą demonów, gdyż to z jego powodu popełniłaś samobójstwo. - klasnął jej przed nosem. - I nici z pisania wśród aniołów. A jeśli nie... - zastanowił się co jeszcze zrobić byle ją ocalić. - O! Ożywię cię i będziesz rozkładającym się zombie. - skrzyżował ręce na piersi. - Daję słowo.

<Helenko? ;) >

Od Heleny - Cd. Mordimera

- Janie... - Helena odwróciła się na pięcie do swojego wiernego sługi.
- Tak pani?
- Przygotuj grubą linę, stołek i hak na jakieś 60 kilogramów. Albo lepiej 70, dla bezpieczeństwa. - Wiecie, nigdy nie wiadomo ile waży suknia, biżuteria i cała reszta niepotrzebnych ozdób. - Każ wbić go w belkę na strychu.
- Tak pani. Coś jeszcze?
- Czarna suknia. Niech mnie w niej pochowają. O! I jeszcze ten wisior z onyksem w środku.
- Ten on Pani pana ojca?
- Tak, tak, ten. Pamiętasz wytyczne?
- Dębowa trumna. Marmurowa posadzka. Napis "I teraz pisze wśród aniołów".
- O czymś zapomniałeś.
- Po pani śmierci spalić wszystkie powieści.
- Dokładnie, och Janie! Służyłeś mi wiernie - powiedziała ze wzruszeniem kładąc dłoń na jego starym ranieniu. - I wiernie służyłeś memu ojcu. I babce... i prababce...
On naprawdę jest tak stary? Lady zmarszczyła czoło próbując sobie przypomnieć datę urodzenia lokaja No ale mniejsza o to, mamy tu poważniejsze sprawy, a mianowicie - przygotowanie pogrzebu.
Helena ruszyła w stronę Asmitusa rozwalonego jak pan i władca. Usiadła patrząc na niego ze wzruszeniem godnym wieloletniej kochanki. - Luby od pięciu minut. Ignorancie, którego poznałam pięć GODZIN temu. Cholerny demonie, którego zdążyłam szczerze znielubić - położyła dłoń na ramieniu Nevalosa - mianuję cię mym zastępcą. Bądź dzielny w walce z Asmodeuszem i Agaresem. Głoś pokój. Niszcz... aaaa, pokój. Rób co tylko chcesz, byleby wygrać. Będę cię obserwować z niebios.
Wstała. Przyszedł czas na Mordimera. Panna Wetherban wzięła jego dłonie w swoje. - A ty odważny i młody... Pilnuj go. Proszę, pilnuj go. Nie chcę żeby sfajczył mi zastawę.
Następnie podeszła do drzwi. - Panowie... idę się wieszać! Idziemy Janie. - I sajonara amigo.

<Mordimer? Asmi? To gra aktorska na granicy z prawdą xD> 

Od Mordimera - Cd. Heleny

W tym czasie pozostawieni sami sobie mężczyźni stali przez krótką chwilę w niemal absolutnej ciszy. Oczywiście demon nie wytrzymał i jako pierwszy parsknął niepowstrzymanym śmiechem.
- Koronki? Rany, sam chciałem je zobaczyć. - schował broń, idąc w kierunku drzwi przedpokoju.
Mordimer stał zdumiony, zasłaniając się niewielkim talizmanem jak wszechpotężną tarczą. Dopiero potem doszły go słowa.
- Zaraz, zaraz. Czyli wy jesteście?
- No.
- Niemożliwe. - pokręcił głową z niedowierzaniem. - Miałbyś się z kimkolwiek wiązać?
Asmistus wzruszył ramionami, wychodząc na korytarz.
- Dlaczego nie? Widziałeś jakie ona ma nogi?
- Jakoś... nie spojrzałem. - odparł zażenowany.
- Boś głupi. - stwierdził demon wspinając się po schodach.
- Nie...nie jestem! - Mordi pobiegł w ślad za nim.
Wciąż był przygotowany na niespodziewany atak. Wiadomo, z Asmistusem zawsze trzeba mieć się na baczności.
- Czyli nie chcesz jej zabić? - zapytał znacznie ciszej, gdyż zbliżali się do pokoju Heleny.
Demon przystanął, jakby się zastanawiając.
- Tego nie powiedziałem. - wszedł do komnaty podziwiając ładny wystrój. Też lubił otaczać się pięknem. Co prawda nie tak jak pewien znajomy którego bardzo nie chciałby teraz spotkać, ale jednak. - Ładniutko. Dobrze, że nic nie ukradli. - stwierdził opierając się o ścianę.
Mordimer zajrzał niepewnie.
- Em... wszczęłaś Pani pościg? Bo jak nie to ja mogę...
- Trzymaj z dala zombie. Pokażę jak to się robi. - Asmistus wzniósł dłonie, jak do zaklęcia. Otoczyła go czerwona łuna podobna do ognia. Zewsząd dobiegały cichutkie szepty, rozbrzmiewające ze wzrastającą siłą. Po chwili opuścił ręce i z rozpędu rzucił się na łoże Heleny. - Nieee. Jednak zmieniłem zdanie. Zasyp ją zombie. Ja sobie poleżę. - poklepał miejsce obok. - Słoneczko, chyba nie chcesz tak tu sterczeć? W końcu to twoja sypialnia. Pokaż jak przywódczyni się złości i ściga złodziei.

<Helenko? xD >

Od Keiry- Cd. Sakrag'a

Dziewczyna zdjęła kaptur szybkim ruchem i poprawiła rude włosy. Pewnym krokiem podeszła do Sakrag'a. Skąd znała jego imię? Ano tak się stało, że miała go zabić. Śledziła już go spory szmat czasu, choć nie zawsze miała na to ochotę. W końcu niemądry ruch ręką musiał ją wydać, ale to nie jest dla niej przeszkodą. Mroczny elf podniósł się z miejsca i spojrzał na nią pytająco.
- Dość długo tu jesteś prawda?- spytała szybko.
- Masz w tym jakiś interes, że mnie pytasz?- uniósł jedną brew. Cały czas ściskał w ręku kuszę.
- Zawsze mam jakiś interes. Jesteś Protestanem, nieprawdaż?- wyjęła spod płaszcza mały nożyk - jeśli nie masz ochoty nie musisz odpowiadać, was rozpoznam wszędzie- przerwała mu, widząc, że bierze oddech do dłuższej odpowiedzi.
- Masz z tym jakiś problem?- warknął, wiedziała, że nie przepadła mu do gustu.
- Szpiczasto-uchy zdenerwował się? Jak przykro. Może zawołać twoją mamę?- uśmiechnęła się lekko, chwyciła pewniej nożyk. - Wasza rasa tak ma, że nie potrafi wytrzymać pod większym napięciem, czy tylko ty jesteś taki nerwowy?
Jak na zawołanie, załadował strzałę. Dziewczyna bez problemu uniknęła metalowego grota w głowie, nawet z tak bliskiej odległości. Pokazała mu środkowy palec i ukłoniła się z elegancją i prostotą. Jednym ruchem rozwiązała sznurek na szyi, trzymający jej płaszcz. Spadł na zamię. Na jej pasie ukazało się kilkanaście noży do rzucania i dwa sztylety z czaszką, a w środku niej dwoma rubinami.
- Zaczynamy zabawę - mruknęła chwytając za nóż i trafiając mu w bark.
Chwyciła za jeden z połyskujących sztyletów...

< Sakrag? Yolo xddd>

Od Agaresa - Cd. Perdity

Za ciepło, za słonecznie, za parno. Agares często zastanawiał się czemu Bóg stworzył słońce? Duża kula gazowa robiąca więcej szkody niż pożytku. Susze. Susze. Susze. Udary, przegrzania, oparzenia. Ech, szkoda gadać. Jedyny plus w tym wszystkim jest taki, że do jego terenów słońca dochodzi mało. Może za to podziękować swojemu wrodzonemu talentowi do zastraszania. Powiedz kilka "miłych" słówek zapoznanemu magowi, pokarz mu krokodyla, pobaw się DNA i zrobi dla ciebie wszystko. Włącznie z czyszczeniem toalety. No ale przecież nie po to aż tak się wysilał! Staruszek rzucił jakieś zaklęcie i mamy tu wieczną północ (jest chyba coś takiego). I w takich warunkach można pracować.
Myśląc "praca" chodziło mu raczej o relaksowanie się w samotności. Nad morzem.
I właśnie szlag jasny strzelił jego samotną relaksację. "Bla bla bla" czyli kobieta. Tia, jeszcze tego brakowało. Agares leniwie odwrócił głowę. Kobieta. Mała. Wyglądająca dość zabawnie. Ech, karanie jej za zakłócenie świętego spokoju tak szybko nie jest dobrym pomysłem. Może najpierw dowie się co robi na tym pustkowiu.
- Imię. - Ton typowego pana bibliotekarza, który zapomniał na czyją kartę zapisać numer danej książki.
- Pedrita.
O! Nawet się nie zająkała. A to dziwne, wygląda na dość nieśmiałą. 
- Powiedz mi Pedrity, co tutaj robisz?
- Szukam drogi do miasteczka. Którędy?
- Oh! Dopiero przyszłaś a już chcesz uciekać? - Agares poklepał miejsce obok siebie. Tak łatwo jej nie wypuści. - Siadaj. Pogadamy.
No tego naprawdę się nie spodziewał. Może to jego wina? Może stracił swój wygląd okrutnego mordercy? Usiadła obok niego. Tylko się zabić.
- Wiesz Pedrity, nie tak łatwo dostać się do "najbliższego miasteczka". Ale wiesz co? Możesz być moim gościem [czyt. więźniem do puki mi się nie znudzi]. Jak już opowiesz mi wszystkie ciekawe historie jakie znasz, odprowadzę cię do miasta. Co ty na to?
Jakież to żałosne. Ech, więzić a nie zabijać. WIdać że wszyscy się zmieniają.

<Perdity? Widzisz, nie jest tak źle. Agi ma na razie umiarkowany humor xD>

Od Asmistusa - Cd. Nymerii

Asmistus ułożył się wygodnie na boku, bawiąc myszką. Po chwili jednak zauważył pewną niespotykaną raczej zmianę. Mysz stała się szczurem. Odrzucił paskudztwo jak najdalej. W tej samej chwili zmieniła się w oposa. Przez twarz demona przeszedł cień uśmiechu.
- Coś lubisz szczurowate. - zadrwił układając się wygodnie na ławce.
Chwiał wrócić do liczenia gwiazd, ale cóż... najwyraźniej dziewczyna nie mogła zwyczajnie zniknąć. Po kilku chwilach zmieniła się w pięknego tygrysa. Nigdy jakoś nie gustował w zwierzętach. Chyba, że na talerzu, cudnie przyrządzonych. Prychnął na jej słowa.
- Nieznajomi zwykle są nudni i nic wię... - zapowietrzył się widząc ostatnią zmianę. - A to potworzyca. - wysyczał chowając się zwinnie za ławkę.
Nieopodal stał kot. Nie jednak zwykły uliczny. Bestia była najgorszym co mógł ujrzeć. Zdusił wiązankę przekleństw obrażającą cały ród kobiet. Skulił się jeszcze bardziej.
- Może sobie pójdzie...tak, tak, na pewnooo. - wyszeptał zagryzając palec.
- Miszczu? - usłyszał zaraz obok.
Wrzasnął na całe gardło, ustanawiając rekord w skoku zza ławki. Gdyby wisiała nad nim gałąź zapewne by chwycił.
- Kojo! Gdzie to jest!? GDZIE?! - rozglądał się wokół z obrzydzeniem.
Goblin stał przez chwilę z zaskoczoną miną.
- Co?
- No potwór!
Sługa rozejrzał się wokół, drapiąc po głowie. Spostrzegł kota siedzącego w cieniu.
- Chyba sobie poszedł.
- Na pewno?!
- No.
Demon ostrożnie wyszedł zza ławki. Wstrząsnęły nim dreszcze strachu i obrzydzenia.
- Gdzie pobiegł!?
Goblin wskazał zupełnie odwrotny kierunek, doskonale wiedząc jaki los czeka kotka.
- Tam.
Asmistus dobył kostura na końcu którego zamigotała ognista kula.
- Zaraz zapolujemy.

<Nymeria? ;) >

Od Asmistusa - Cd. Lavender

Demon przez chwilę podziwiał spektakl w wykonaniu uroczej istotki. Oparł głowę na dłoni, popijając wolno herbatkę. Zareagowała całkiem nieźle. Sądził, że zacznie panikować, rzucać przedmiotami i uciekać. A tu proszę. Widać wiele się zmieniło w świecie po latach nieobecności. A może to trwało znacznie dłużej?
Przez chwilę się zadumał nad własną przeszłością, jednak został wyrwany pytaniem dziewczyny.
- Chym? - zamrugał, wracając do rzeczywistości.
Właściwie nie mogła zapytać o nic lepszego. Już chciał zaciągnąć ją tam siłą, ale nie wiedział do czego jest zdolna. Jakby nie patrzeć ostrożności nigdy za wiele. Posłał niemal anielski uśmiech.
- Ależ oczywiście. - wstał, chwytając płaszcz rzucony na oparcie pobliskiego krzesła. Zarzucił ponownie na wątłe ramionka Lavender. - Tam jest zimno, ciemno i dość... - nie chciał za bardzo straszyć. Jeszcze nie. - Nieprzyjemnie. Proponuję jednak ubrać buty.
Ruszył przed siebie, nie patrząc czy mu towarzyszy. Omal się nie potknął o goblina wybiegającego jako pierwszy.
- Kojo. - syknął.
Stworek skulił się jeszcze bardziej.
- Miszczu, ale... - w zielonych oczach sługi ziała rozpacz i skrajne przerażenie.
Jeśli jednak padłby rozkaz, musiałby towarzyszyć w wyprawie. Asmistus doskonale wiedział o jego lękach. Tym bardziej lubił się bawić.
- Idziemy. Nie marudź. - mruknął mrużąc oczy.
Kojo zwiesił tylko główkę i powlókł nogami w kierunku schodów. Piwnica nie znajdowała się pod nimi, ale dosłownie w ścianie. Wejście zostało wcześniej odpowiednio zapieczętowane. Nic nie wejdzie i tym bardziej wyjdzie, bez pozwolenia demona. Stuknął palcem w matową powierzchnię a fioletowe runy spłynęły jak zmyta farba. Ich oczom ukazał się długi, ciemny tunel z niknącymi w dole schodami.
- Zapraszam do Krain Pustki. - powiedział zadowolony, że tym razem nie będzie sam.
W dłoni dzierżył dla odmiany coś na kształt kostura, którym oświetlał zaledwie marny skrawek terenu.

<Lavender? :] >

Vestripol - Keira Root

O cholera! Znaczy się... O matko boska! Pierwsza nie-magiczna istota w szeregach Vestripol! Powitajmy bardzo ciepło Keire Root. Może z nami wytrzyma.

Od Sakarg'a

Było już bardzo późno. Mgła zaczęła powoli oblewać wszystkie polany w okolicy. Ciemność potęgował brak księżyca. Był nów. Ale na jednej z polan, wśród nieco podeptanych paproci paliło się ognisko. Obok na kłodzie siedział mroczny elf i zmywał krwawe znaki z twarzy i rąk po niedawnym rytuale.
- Zmykaj. - Powiedział do ropuchy zielonej patrzącej na niego z ciekawością. Nigdy nie czuł obrzydzenia do tych pożytecznych stworzonek. Ani do węży, nietoperzy itp...wyjątkiem od reguły były chyba tylko karaluchy. Pogłaskał zwierzątko po łebku.
- Zmykaj, to nie miejsce dla ciebie... - Znieruchomiał gdy usłyszał podejrzany szelest. Na wszelki wypadek sięgnął po swoją kuszę. Przyciągnął do siebie trochę magii przez co blask ogniska na chwilę nieco osłabł. Stworzył niewidzialną tarczę. Jego źrenice rozszeżyły się aby coś dojrzeć wśród gęstwiny, znowu szmer. Jeśli ktoś chciał go zaskoczyć to robił to robił to bardzo nieudolnie.
- To nie rozsądne włóczyć się samemu w lesie o tej porze. - Odpowiedziała mu cisza.- Chodź i usiądź obok mnie, jeśli się nie boisz. - Powiedział z pewnym siebie uśmiechem. Faktycznie niedługo potem z ciemności wyszła postać w kapturze. Lepiej dla niej, żeby nie miała złych zamiarów...

<Ktokolwiek?>

niedziela, 14 czerwca 2015

Od Heleny - Cd. Mordimera

To robi się naprawdę zabawne. - Powiedz mi, czy ty się w ogóle słyszysz? Jest środek nocy. Włamujesz się do mojego domu - pomińmy fakt, że ten drugi siedzi tu na chama - wszczynasz walkę, a jednocześnie mówisz o chęci pomocy i obronienia. Przed kim? Przed tym chole/rnym ignorantem? Nie ufam mu bardziej niż tobie, jednak on przynajmniej mówi konkretami, i jest moim podwładnym.
Helena wątpiła w lojalność czy jakiekolwiek zaangażowanie ze strony Asmitusa, jednak cóż - z jakiegoś powodu to jego stronę postanowiła trzymać. "Z jakiegoś powodu" przecież ten chłopak jest przydupasem Agaresa! Ach, chyba ma gorączkę. Właśnie dlatego nie lubi deszczu. Nigdy nie wiesz jakiego wirusa przytaszczysz do domu (tak, to iluzja).
Łubu du. Łubu du. Chrup, klap, bum. Trap. Chlap, chlap. Marmolada.
Chyba coś spadło!
Łoskot i głośny śmiech w przedpokoju. - Widziałaś to?! Kolekcja koronek!
- Ciii! Chcesz żeby nas usłyszeli? - syknął drugi głos.
- A! Dobra, teraz ciii...
- Mistrz skradania w akcji - mruknął ten drugi. I wszystko ucichło.
Helena znieruchomiała zażenowana całą tą sytuacją. Kolejny marny włamywacz tej nocy. Wyszła do przedpokoju zapalając światło. Niczego nie było. Poza śladami ogromnych, tygrysich łap na panelach i listem przyczepionym do kolejnego z bezcennych obrazów. "Byłem tu. AvD."
Pierwsza reakcja. - Jeszcze tego idioty tu brakowało! - Reakcja druga. - O cholera...
Szybki bieg na górę. I widzimy co? Jana z zielskiem wyrwanym wprost z doniczki.
- Wybacz pani. Zaraz przesadzę to do nowego naczynia.
- Janie...
- Tak Pani?
- Co tu się stało?
- Pewien mężczyzna miał spotkanie z doniczką. Czy zostanę zwolniony?
- ... raczej nie.
- Myślałem, że to złodziej, jednak mógł to być kochanek...
- O Jezu, niech ten dzień się w końcu skończy!

<Mordimer? Asmi? Czy kto tam? xD> 

Od Asmistusa - Cd Cacerdotisy

Demon uśmiechnął się lekko. Przyjemnie podkręciła jego dumę a nie było niczego lepszego co mogła uczynić. No może prócz upieczenia ciastek. Chwycił ją nieco mocniej i okręcił ponownie tak, że znalazła się naprzeciw. Przyciągnął znacznie bliżej. Przez twarz przeszedł lekki uśmiech.
- Szkoda, że zaraz skończymy. Nie chcę byś się przeziębiła. - zbliżył usta do jej szyi, ale nie dotknął.
Po chwili odepchnął ją nieco, a deszcz niemal natychmiast przestał padać pozostawiając zaledwie wspomnienie, kałuże i śpiewającego goblina. Stworek przetarł oczy z szerokim uśmiechem. Zapewne już zapomniał o obietnicy Mistrza.
- Głodny jestem. - burknął podchodząc.
Asmistus klasnął uradowany.
- Racja. Musimy coś zjeść i przy okazji załatwimy interes. - podszedł do Tisy chwytając pod rękę i prowadząc w stronę miasteczka. - Słyszałem, że w gospodzie pod księżycem mają genialną pieczeń. Co ty na to moja droga? - oczywiście zupełnie nie miał zamiaru pytać o zdanie. Raczej dawał zwykłą ułudę.
Zwolnił patrząc na goblina.
- Kufer! - syknął, na co stworek nieco się skulił, wracając po bagaż i wlokąc na plecach.
- Taaak Miszczu.
Po zaledwie kilku minutach zbliżyli się do pierwszych zabudowań. Niewielu widać było przechodniów. Większość wciąż kryła się przed widmem deszczu. Niektórzy niestety nie mogli sobie pozwolić na luksus wyboru. Zwykle stali całkowicie przemoczeni przy kolorowych kramach.
- W gospodzie nieco porozmawiamy. Zawsze chętnie poznam innego alchemika. - wymruczał nie puszczając jej.

<Cacerdotisy?>

Od Mordimera - Cd. Heleny

Asmistus uśmiechnął się jak tylko demon potrafi. Zmierzył dziewczynę uważnym spojrzeniem, podziwiając zarówno wygląd władczyni jak i ton głosu. Nim ktokolwiek zdołał zareagować, w dłoni pojawiło się czarne ostrze.
- Mogę zrobić cokolwiek. - mlasnął zadowolony.
Mordimer zasłonił się talizmanem.
- Nawet o tym nie myśl.
- To instynkt chłopcze. Zawsze mi przeszkadzałeś. To było dość... irytujące.
Medyk spojrzał nieco zaniepokojony w stronę Heleny.
- Na prawdę chcesz byśmy zdemolowali dom? Wiesz... - udał pewność siebie. Jednocześnie drugą dłoń zanurzył w kieszeni płaszcza, zaciskając kurczowo palce na woreczku pełnym dziwnych ziół i kości sług. Miał zamiar zaraz zrobić małe piekiełko. Szkoda tylko podłogi. W sumie całkiem niezły wystrój. Wszystko będzie zniszczone. Przyjrzał się uważnie kobiecie. - Posłuchaj Pani. Na jedno moje skinienie w ogródku zaroi się od nieumarłych. Wybiją dziury w podłodze byle tylko odpowiedzieć na wezwanie. Ruszą do ataku a zapewniam, że ten demon. - wskazał Asmistusa. - Nie należy do subtelnych. Już zniszczył obraz... pomyśl co zrobi w obronie?
Przestąpił z nogi na nogę by rozluźnić skołatane nerwy. Mięśnie mu zdrętwiały. Wyczuwał zaniepokojenie dusz. Tylko czekały by powstać i rozerwać na strzępy wszystko wokół. Urodzona destrukcja.
- Pani. - kontynuował. - Nie zabiłem strażników. Nie jestem tu w tym celu. Chcę tylko pomóc.


<Heleno?>

Od Lavender - Cd. Asmistusa

Obserwowała miejsce, w którym zaledwie przed upływem kilku chwil pojawiły się podejrzanie wyglądające ślady pazurów. Ta poszlaka stanowiła niezbity dowód na obecność nieproszonych lokatorów, najprawdopodobniej złodziei fragmentu pergaminu. Nie to jednak przejęło Lavender, bo elfka podczas swego życia miała już do czynienia z rozmaitymi kreaturami. Wzmianka o tajemniczych stworzeniach zamieszkujących okolice piwnic nie wywołała na niej większego wrażenia, może poza lekkim niepokojem. Zaintrygowało ją natomiast coś innego.
- Demonem? - wyrwało jej się bez namysłu. Przez chwilę spoglądała na rozmówcę jakoś inaczej, jakby widziała go po raz pierwszy. - Ma pan na myśli siebie... prawda? - dodała, zadając niezbyt inteligentne pytanie. W pokoju nie było nikogo poza nimi i siedzącego pod ścianą goblina. A ten ostatni na demona raczej nie wyglądał.
- Z resztą, nieważne. Nie chciałam być nieuprzejma ani w jakiś sposób urazić pana uczucia - poprawiła, żeby szybko zatuszować swój błąd. - A wracając do tematu, tak, chodzi o świstek papieru. Nie denerwuję się, skądże... Tylko to takie ważne! I z pewnością nie powinno trafić w niepowołane ręce. Oczywiście, nie mam na myśli nic złego, jestem pewna, że pan ma w tej sprawie dobre intencje, ale... Och... - westchnęła z przejęciem. Podczas wygłaszania swego monologu wstała i zaczęła nerwowo przechadzać się po pokoju. Nie było to celowe posunięcie. Sama nawet nie potrafiłaby dokładnie określić, kiedy bez udziału świadomości opuściła krzesło.
Kiedy Lavender skończyła przemówienie, stanęła pośrodku pomieszczenia i spojrzała w dół na swoje nogi, jakby chciała zweryfikować długość koszuli sięgającej połowy ud. Uznając najwidoczniej, że jej rozmiar dzięki różnicy wzrostu między nią a właścicielem ubrania nie stanowi zbyt wielkiego problemu, zdecydowała się na zadanie kluczowego pytania.
- Hmm... w każdym razie, chyba wspominał pan coś o piwnicach. Nie chciałabym być natrętna, ale czy mogłabym... - urwała, myśląc nad czymś przez chwilę. - Czy moglibyśmy tam pójść? - spytała niepewnie.

<Asmistus?>

Od Satriny Cd. Asmodeusza

Niegdyś bardzo bliski Lucyferowi, zwany przez niego Asem, co? Zaczynało mi już świtać, z kim właśnie mam do czynienia, ale postanowiłam się z tym nie zdradzać. Zawsze można trochę poudawać głupiutką, niezorientowaną w świecie dziewczynę. Ponoć takie pociągały część facetów. Chociaż szczerze mówiąc, nie wiem co oni w takich widzieli. Sama byłam dziewczyną i z ręką na sercu mogłam przyznać, że takie typy działały mi na nerwy. Ale czego nie zrobi się dla zabawy? A zapowiadało się coraz ciekawiej.
Z każdą chwilą miałam większe wątpliwości, co do mojego rzekomego upicia się na imprezie u Lucyfera, ale z tym również wolałam się nie wychylać. Chciałąm pograć jeszcze chwilę w tę grę zaczętą przez mężczyznę, gdyż zżerała mnie ciekawość. Straszliwie chciałam wiedzieć, co on takiego jest jeszcze w stanie wymyślić. A poza tym, interesowało mnie również to, skąd zna moje imię, bo mi samej nie wydawało się, żebyśmy się kiedyś spotkali, a przynajmniej nie na tyle długo, by wymienić się informacjami o sobie. Chyba, że impreza u Lucyfera była prawdą... Argh! Tyle pytań! Nie pozostawało mi nic innego, jak cierpliwie zaczekać na dalszy rozwój wypadków.
- Więc prowadź, mój drogi partnerze do tańca - powiedziałam, uśmiechając się do niego szeroko.

<Asie? default smiley xd>

Od Aerena - Cd. Heleny

Ajajajajaj! Bolało to!
Masowałem sobie bolące ucho.
- Czemu tu? - Zapytałem. Boże! Za co mnie tak karzesz?
Jakbym nie miał nic innego do roboty!
...
Dobra, w sumie to nie mam nic innego do roboty..
Ale to bez znaczenia!
- "Dobry Pupill", wstęp tylko zwierzęta. - A co przepraszam innego miałbym przyjmować?
Eh... Bla, bla, bla jakby mnie to w ogóle interesowało.. - Awans i możliwość posiadania
zwierzaka, co ty na to? - Dodała a ja od razu podniosłem na nią wzrok.
Noo... Wreszcie zaczyna się robić ciekawie!
Nie, nie o awans chodzi..
- Jakiego tylko chce? - Zapytałem
- Jakiego tylko chcesz. - Uśmiechnęła się jakby zwycięsko.
- OK, chce zwierzaka. - Powiedziałem a ta spojrzała na mnie. - Tylko dlatego to robię.
- Zaznaczyłem - Nie licz na to, że będę im w tyłki wchodził, że będę milusi i ładnie
się uśmiechał oraz szczegółowo po kolei tłumaczył co i jak z ich zwierzakami, to
jest kłopotliwe. Będę walił prosto z mostu. Eh.. To jest takie upierdliwe. - Spojrzałem
na nią.

<Heleno?>

Od Nymerii - Cd. Asmitusa

Przechodziłam się z nudów po.. Właśnie? Gdzie?
Nie! Wcale, się nie zgubiłam! Ja po prostu, postanowiłam sobie zrobić mały spacerek.
O tak! Właśnie tak..
Nagle dostrzegłam mężczyznę i rozradowana podeszłam do niego w nadziei o...
NIE! Ja się nie zgubiłam! ~Moje rozterki wewnętrzne, przerwał głęboki głos mężczyzny.
- Skosztujesz? Zapytał, jakby znudzony wyciągając do mnie dłoń z fiolką.
- O! - Zawołałam rozradowana, bez zastanowienia od razu wzięłam i wypiłam zawartość
fiolki...
Alleluja! Cześć i Chwała mojej mądrości i wspaniałomyślności!
Szkoda tylko, że ja świrnięta najpierw coś robię a później myślę.
Amen.
Mężczyzna przede mną, patrzył się na mnie, podczas gdy ja poczułam się trochę dziwnie..
A zaraz potem dopadło mnie uczucie jak wtedy, gdy zmieniam swój wzrost i wg, wszystko.
Zaczęłam się kurczyć, a po chwili byłam już małą myszką.
On zaś, znudzony chwycił mnie za ogon i podniósł mnie, trzymając za ogon.
Gdy to zrobił, pisnęłam - Bolało!
- Jesteś naprawdę taka głupia, by brać cokolwiek od nieznajomych?
Zapytał a ja.. Ja się wkurzyłam!
O tak! porządnie kopnięta wariatka [Czyli JA] się wkurzyła!
Jestem w końcu zmiennokształtna, to dla mnie żaden problem zmienić się znów
w człowieka. I już po chwili zaczęłam to robić. Gościu się chyba porządnie zdziwił,
gdy zobaczył, że zamiast myszy, za ogon trzyma szczura! I to dość dużego!
Po chwilce znów zaczęłam się zmieniać, tym razem w oposa, a ten ze zdziwienia
puścił mój ogon. Wylądowałam na dwóch, psich łapach a on przez moją kolejną
przemianę zrobił dwa kroki do tyłu. Zmieniłam się jeszcze na chwilkę w tygrysa,
i dopiero wtedy w człowieka.
Stanęłam z założonymi rękoma na piersi.
- A ty również uważaj, - Powiedziałam, jak zwykle szczerząc się jak wariatka. - nigdy
nie wiadomo na kogo trafisz. - Dodałam i zmieniłam się... W biało-czarnego kota.
Chciałam zwiać ~ Tak zwiać, chciałam być już w dooomciu!! ~ A koty są szybkie
i zwinne. Zrobiłam zaledwie 3 koczki, gdy znów stanęłam.
Stanęłam bo zobaczyłam w jego rozszerzonych oczach... coś tak jakby strach?

<Asmitus?>

Od Perdity do Agaresa

Perdita dziarsko maszerowała wzdłuż klifu, wesoło wyklinając sobie na cały świat.
- Niech szlag trafi ten powóz! - postać podskoczyła wesoło - I woźnice! Co się będe ograniczać? Konie też. - tymi słowami dziewczyna zakończyła całą litanie.
Cisza trwała jednak zaledwie chwile.
Perdita, niepewnie przystanęła na rozwidleniu dróg. Zaklnęła cicho, po czym wykrzyknęła:
- Bagaż!
Coś poruszyło się w pobliskich krzakach.
- Bagaż! - syknęła, rozdrażniona - Gdzie ty się szlajasz?
Zza pobliskiego drzewa wyłonił się kufer. Stworzonko ufnie podeszło do dziewczyny.
- Otwieraj.
Stworek zaareagował bardzo szybko. Ustawił się do dziewczyny bokiem, ukucnął na nagach i otworzył wieko. Otwierany suwak zaskrzypiał cicho.
Dziewczyna bez wachania, wepchnęła ręke we wnętrze potwora. Gdy ją wyjęła, spoczywała w niej mapa. Perdita zajęła się uważnym jej studiowaniem. Zmęczona wędrówką, przycupnęła na Bagażu, który to właśnie zamknął wieko i już zamierzał odmaszerować, gdy przygniótł go do ziemi ciężar dziewczyny. Kufer bezradnie przebierał nóżkami.
- Spokój.
Bagaż posłusznie przestał się wiercić.
- Pomyślmy... - dziewczyna zaczęła mówić sama do siebie - Obecnie znajdujemy się gdzieś tutaj.
Jej palec postukał w miejsce, o którym myślała.
- Tylko, że wedle tej mapy powinien tu być gęsty las.
Perdita niepewnie rozejrzała się po okolicy. Po jej lewej rozciągały się zdziczałe pola uprawne. Natomiast, po prawej znajdował się osamotniony klif, co i róż nękany falami nieznanego jej z nazwy oceanu.
Dziewczyna błyskawicznie wstała. Nagle oswobodzony Bagaż, wstał, potknął się o pobliski kamień i ponownie upadł.
- Bagaż! Rusz się.
Mówiąc to Perdita ruszyła z nową energią.
Stworek cicho ruszył za nią.
Bagaż służył jej wiernie. Zrobiony z drewna myślącej gruszy, miał na tyle intelektu by nie oddalać się zbytnio od swojej właścicielki. Potulnie drepał za jej postacią na swoich niezliczonych, małych, nóżkach.
Bagaż gdy się porusza ignoruje wszystko co spotka na drodze. Po prostu przechodzi przez to bądź po tym. Jest on także w stanie bronić swojej właścicielki, przy czym wykazuje się zdumiewającą taktyką połykania i tratowania (bądź tratowania i połykania). przeciwników, wykazuje przy tym także niesamowity instynkt samozachowawczy.
Kufer ten, mający głównie na celu transport świeżej bielizny, jest bardzo przydatny. W razie potrzeby można z niego wyciągnąć wszystko, co kiedykolwiek się do niego włożyło.
Gdy Perdita minęła kolejny zakręt drogi nagle coś do niej dotarło. Stanęła jak wryta, po czym zaczęła się cofać w kierunku, z którego przyszła. Ponownie zobaczyła to samo rozwidlenie. Jednak tym razem nie wybrała żadnej z odstręczających dróżek.
Ruszyła prosto w stronę klifu, do siedzącej tam postaci.
Na miejsce dotarła mocno zasapana.
- Przepraszam - zaczęła - Którędy dojde do pobliskiego miasteczka? - wycharczała.
Bagaż niepewnie zmierzył wzrokiem rozmówcę swojej właścicielki. Choć kufer nie posiadał oczu, idealnie potrafił się w kogoś wpatrywać. Osoba ta zazwyczaj czuła jego intencje. Kto wie jak? Może po jego sposobie szczerzenia kłów. Bagaż, wyposarzony był w ostre jak brzytwa zęby sterczące wokół wieka. Które to teraz bezwstydnie wyszczerzał.
Dziewczyna z rozmachem usiadła na kufrze, nie chcąc by ten sprawiał kłopoty.

< Agares? czarna89 - robie to tylko w związku z "sprawą trzecią". I jasno mówię, mój kufer jest agresywny, a ja chce wyjść z tego spotkania cało, bez zmienionego DNA. XD>

Od Cacerdotisy c.d Asmistusa

Gdy Tisa ujrzała jego czarne skrzydła od razu domyśliła się że jest demonem, aż straciła dech w piersi. Pierwszy raz miała kontakt z tymi istotami. Jednak po chwili oprzytomniała, gdy nadepnęła na mężczyznę.
-Przepraszam..- powiedziała z skruchą w głosie, ta scena wyglądała jak z książki. Para tańcząca w deszczu, w jednej chwili poczuła jakby była bohaterką historii. Słyszała śpiewy sługi Asmistusa.
-Twój kompan nie ma poczucia rytmu.- zachichotała i spojrzała w stronę zadowolonego goblina.
-Niestety natura hojnie go nie obdarowała.- powiedział uśmiechnięty. Dziewczyna starała się nie zrobić demonowi krzywdy.Od czasu do czasu nadepnęła na stopę mężczyzny lub się potykała.
-Pierwszy raz w życiu aż tak dobrze mi wychodzi tańczenie z kimś, dziękuję jesteś dobrym nauczycielem.- widać że te słowa zadowoliły Asmistusa, nagle zrobił obrót że dziewczyna była odwrócona do niego tyłem a on trzymał ją za talie dwoma dłońmi. Tisa się trochę zakłopotała, nieczęsto jest z kimś tak blisko a szczególnie z nowo poznaną osobą. Chciała mu zadać pytanie skąd pochodzi i czego szuka w tych progach, jednak nie widziała że wypada w takiej sytuacji. Postanowiła że na razie powstrzyma swój język i poczeka na dalsze działania demona.

<Asmistu? >

Od Cacerdotisy - Cd. Nymerii

Dziewczyna była bardzo dziwne, jednak Tisa przyjęła suknie od niej i lekko się skłoniła.
-Dziękuję za pomoc, jestem Cacerdotisa des Longoria jednak zwracaj się do mnie Tisa.- uśmiechnęła się lekko i szybko przeszła do innego pokoju i przebrała się. Teraz wyglądała jak zwyczajna dziewczyna z miasta. Nawet jej się to spodobało.
Po chwili wróciła do dziewczyny.
-Przepraszam za kłopot, jednak czy byś mogła zaprowadzić mnie do domu? Mam słabą orientacje w terenie i łatwo się gubię.- zapytałam, a ona zaśmiała się.
-Teraz lepiej nie wychodzić na ulicę, nie zapominaj że straż Cię szuka.- powiedziała z uśmieszkiem na twarzy.
-Racja, jednak nie wiedzą jak wyglądam, a w tej sukni wyglądam raczej przeciętnie.- zaczęła ściągać ozdoby z swych włosów i położyła na stoliczku.
-Możesz je wziąć i sprzedać, to podziękowanie za pomoc.- teraz jej włosy sięgały aż poza jej biodra i lekko zasłaniały twarz.
-Możemy spróbować, jednak żebyś się nie zgubiła..- odpowiedziała dziewczyna i wstała. Widać było że nie jest grzecznym aniołkiem.

<Nymerii? Trochę ubogo przepraszam ;__; >

Protestan - Sakrag Swallow

Agares jest bardzo szczęśliwy(chociaż tego nie okazuje), w jego szeregach pojawił się mroczny elf - Sakrag Swallow 

piątek, 12 czerwca 2015

Od Heleny - Cd. Mordimera

Teraz to bardziej przypominało jej rozmowę, a raczej kłótnię dwóch małych chłopców. I co tu zrobić?
Helena pryknęła gniewnie, Jolki nie wywali - chwila. - Asmitus Nevalos - powiedziała patrząc na niego kamiennym wzrokiem. Teraz pamięta, przedwczoraj wieczorem przeglądała jego domukenty. Trzeba chyba wprowadzić obowiązek dodawania zdjęcia inaczej wychodzą takie dziwne sceny. - A ty to kto? Nekromata. Vestripol? A może Panpares? A z resztą, to bez znaczenia.
Najchętniej pozbyła by się ich obu jednak to będzie raczej trudne zadanie. Co tu zrobić... to tu zrobić... Mmm, trzeba podjąć szybką decyzję. Asmitusowi nie ufa, jest pokręconym ignorantem strzelającym do niewinnych kotów i wykorzystujący sprany móżdżek goblina. Ten drugi wydaje się~ Wydaje się! Jest z wrogiej organizacji! Dobrze więc. - Zrób z nim cokolwiek - syknęła uważnie obserwując tego  drugiego. - A ciebie - wskazała na swojego nowego podwładnego. - Jutro nie chcę tu widzieć. Goblina możesz zostawić.
- Pani - zaczął Jan dreptając na swoich chuderlawych nóżkach. - Pani!
- Czego?
- Ktoś zabić strażników przy północnej furtce od strony lasu.
- Jeszcze tego mi brakowało! Porządna służba w tych czasach to rzadkość. - Helena westchnęła ciężko. - Nie obrażę się jeżeli sprawca zamilknie. I zniknie. - Uh, zmieniła się. Teraz to już nie ta lekko stuknięta Lady która wyszła na spacerek z amstafem w środku deszczu, teraz to prawdziwa Mistrzyni Hatofilies. Postawa. Ton. Mówi jakby miała co najmniej kilka setek na karku. - Już.

<Mmm, Mordimer? Jak na pisanie na szybko jest nieźle>

Od Mordimera - Cd. Heleny

Mordimer sapnął zaskoczony.
- J...ja z nim?! Z NIM?! - wrzasnął odgradzając się talizmanem. - Prędzej wolałbym pocałować jaszczurkę!
- No skoro już o tym mowa... - zaczął Asmistus. - Ciesz się, że nie jadłeś jej pieczeni.
Obaj spojrzeli jakoś dziwnie na kobietę. Ale to Asmistus pierwszy zareagował. Uśmiechnął lekko kpiąco, oglądając ją sobie od stóp do głowy.
- Śliczna piżamka.
Mordimer odchrząknął zakłopotany. Ustawił się tak by być pomiędzy demonem i dziewczyną.
- Wydaje mi się, że właśnie wychodziłeś?
- Nie. Byłem tu pierwszy.
- Co mnie to obchodzi? To nie znaczy, że pozwolę ci zrobić z niej... - nie dokończył dgyż został zaatakowany wielką kulą ognia.
- Nie zapominaj z kim masz do czynienia. Poza tym nie chcę jej zabić. W teorii... i tylko tam, jest moją szefową. - powiedział szybko, jakby nie chciał by ktokolwiek usłyszał koniec zdania. - A ty drogi nekromanto znalazłeś się w domu przywódczyni wrogiej organizacji. Będzie bardzo właściwe gdy się poddasz. - zatarł ręce zadowolony.
- C...co? Ja? No chyba cię coś... - wysyczał a dzięki talizmanowi sprawnie odbił zaklęcie. Ucierpiał niestety kolejny obraz. - To nie tak. Nie jestem szpiegiem ani... zabójcą.
- Widzisz? Już się właściwie przyznał. - dodał Asmistus, wyraźnie starając się zachować powagę. Łatwo nie było.
- Przybyłem by pokrzyżować plany pewnego demona. - spojrzał znacząco na stojącego naprzeciw mężczyznę.
- Nie ufaj mu. To kłamca i nekrofil. Kto normalny ożywia zwłoki?
Mordimer prychnął bledszy niż zazwyczaj.
- Gdybym chciał ją skrzywdzić już bym to zrobił. I nie jestem...!
- Mogę go związać jeśli chcesz. - przerwał Asmistus, poruszając szybko skrzydłami. - Wystarczy słowo a zrobię z niego kurczaka.


<Helena?>

Od Asmodeusza - Cd. Satriny

- No wiesz ty co?! Rozumiem że się upiłaś, rozumiem kaca, ale żeby nie zapamiętać imienia swojego najlepszego partnera do tańca? Zaraz się obrażę - burknął wielce obrażony. Zaraz naprawdę się obrazi. Jak wchodzi w rolę to już na maksa.
- Przepraszam! W takim razie jak masz na imię?
Bezczelna. Ale to dobrze. Nie zniósł by kolejnej nieśmiałej kobiety.
- Lucyfer nazywa mnie Asem, ty możesz mówić tak samo.
- Dobrze znasz Lucyfera?
- Oczywiście złociutka. Swego czasu traktowałem go jak brata. Fajne czasy... No dobrze, koniec ze smętami. Wziął bym cię na moje ulubione cmentarzysko, jednak chyba odpuszczę. Za dużo pięknych duszek, które muszę najpierw wyłapać. Co powiesz ja najwyższy wieżowiec w tym mieście kochanieńka? - spytał wskazując odległy punkcik gdzieś hen, hen w chmurach.
- Ale tam nic nie ma.
- Ograniczona jak ta marna ludzka rasa. Przyjrzyj się bardziej!
Wieża w chmurach. Oho, idealne miejsce na spotkanie. I ewentualne zabójstwo.
- To jak, lecimy?
- Lecimy!

<Satrino?>