Lavender ziewnęła przeciągle, po raz kolejny uważnie analizując
skomplikowany, schematyczny plan średniej wielkości miasta umieszczony
na mahoniowym stoliku tuż przed jej oczami. Wsparła głowę o dłoń.
Poprzedniej nocy przespała zaledwie trzy godziny, a taki czas wypoczynku
stanowił zdecydowanie zbyt małą liczbę. Tym razem niestety nie miała
czasu na dłuższy sen. Podchodziła do powierzonego jej zadania bardzo
poważnie i zamierzała wypełnić je perfekcyjnie. Między innymi od
strategii ustalonej przez dziewczynę zależało powodzenie misji, która do
najłatwiejszych się nie zaliczała. Chodziło o poselstwo do niezbyt
dużego miasta opanowanego przez Protestan. Osada dysponowała sporym
kapitałem, ponadto pogłoski mówiły o znacznych osobistościach
sprzymierzonych głównie z wrogimi siłami zamieszkujących centrum tejże
miejscowości. Warunkiem odniesienia sukcesu było, naturalnie, konkretne
i przemyślane zaplanowanie akcji. Łącznie z oszukaniem strażników
szkolonych od najmłodszych lat życia i odnalezieniem alternatywnego,
bocznego wejścia za mury. Nic więc dziwnego, że elfce tak zależało na
opracowaniu efektywnego planu działania. Mimo zmęczenia poświęciła temu
przedsięwzięciu pełną uwagę.
Podskoczyła na miejscu, zupełnie wytrącona z rytmu, kiedy usłyszała kilkakrotne, natarczywe pukanie do drzwi. Natychmiast zapomniała o zadaniu. Śnieżnobiałe, nakrapiane pióro, które dzierżyła w wąskiej dłoni, swobodnie opadło na skrawek pergaminu, przy okazji tworząc plamę z czarnego atramentu. Nie spodziewała się wizyty właścicieli domu tak wcześnie. Ponoć zamierzali wrócić dopiero za kilka dni. A teraz jej pod żadnym pozorem nie powinno tam być. Musiała podjąć desperacką decyzję. Postanowiła zanieść prawie ukończony plan prosto do siedziby dowództwa, bo drogę pamiętała. Chyba.
Narzuciła na siebie ciemny płaszcz o długości sięgającej kolan, szarej sukienki odsłaniającej ramiona. Poskładała bezcenny pergamin i wsunęła go do obszernej kieszeni. Po chwili wahania sięgnęła po leżący na stole sztylet o inkrustowanej rubinami rękojeści. Ukryła broń pod płaszczem. Nie oczekiwała co prawda konieczności walki, ale zabrała go na wszelki wypadek i wyłącznie w ramach samoobrony. Po przygotowaniach trwających co najwyżej kilka sekund bez trudu wspięła się na parapet. Opuściła budynek, lekkim, płynnym ruchem wyskakując przez otwarte okno.
Już po kilku minutach wędrówki pożałowała, że nie miała czasu, aby ubrać się cieplej. Wiał porywisty wiatr, a deszcz lał się z nieba strumieniami. Przyspieszyła kroku, ale w rezultacie i tak dotarła do celu drżąca z zimną oraz przemoczona do suchej nitki. Zapukała do drzwi kamienicy. Niemal w tym samym momencie ktoś po drugiej stronie otworzył. Zdziwiła się trochę tak błyskawiczną reakcją. Być może dotarła pod niewłaściwy adres? Jej orientacja w terenie zawsze pozostawiała sporo do życzenia.
- Dzień dooobry... - zaczęła niepewnie, zastanawiając się, jak sformułować dalszą część wypowiedzi tak, aby jednocześnie nie wyjawiać zbyt wielu informacji i objaśnić swoje intencje.
- Ja naprawdę, naprawdę nie chciałabym przeszkadzać - kontynuowała - ale... mam coś do przekazania.
< Ktoś dokończy? >
Podskoczyła na miejscu, zupełnie wytrącona z rytmu, kiedy usłyszała kilkakrotne, natarczywe pukanie do drzwi. Natychmiast zapomniała o zadaniu. Śnieżnobiałe, nakrapiane pióro, które dzierżyła w wąskiej dłoni, swobodnie opadło na skrawek pergaminu, przy okazji tworząc plamę z czarnego atramentu. Nie spodziewała się wizyty właścicieli domu tak wcześnie. Ponoć zamierzali wrócić dopiero za kilka dni. A teraz jej pod żadnym pozorem nie powinno tam być. Musiała podjąć desperacką decyzję. Postanowiła zanieść prawie ukończony plan prosto do siedziby dowództwa, bo drogę pamiętała. Chyba.
Narzuciła na siebie ciemny płaszcz o długości sięgającej kolan, szarej sukienki odsłaniającej ramiona. Poskładała bezcenny pergamin i wsunęła go do obszernej kieszeni. Po chwili wahania sięgnęła po leżący na stole sztylet o inkrustowanej rubinami rękojeści. Ukryła broń pod płaszczem. Nie oczekiwała co prawda konieczności walki, ale zabrała go na wszelki wypadek i wyłącznie w ramach samoobrony. Po przygotowaniach trwających co najwyżej kilka sekund bez trudu wspięła się na parapet. Opuściła budynek, lekkim, płynnym ruchem wyskakując przez otwarte okno.
Już po kilku minutach wędrówki pożałowała, że nie miała czasu, aby ubrać się cieplej. Wiał porywisty wiatr, a deszcz lał się z nieba strumieniami. Przyspieszyła kroku, ale w rezultacie i tak dotarła do celu drżąca z zimną oraz przemoczona do suchej nitki. Zapukała do drzwi kamienicy. Niemal w tym samym momencie ktoś po drugiej stronie otworzył. Zdziwiła się trochę tak błyskawiczną reakcją. Być może dotarła pod niewłaściwy adres? Jej orientacja w terenie zawsze pozostawiała sporo do życzenia.
- Dzień dooobry... - zaczęła niepewnie, zastanawiając się, jak sformułować dalszą część wypowiedzi tak, aby jednocześnie nie wyjawiać zbyt wielu informacji i objaśnić swoje intencje.
- Ja naprawdę, naprawdę nie chciałabym przeszkadzać - kontynuowała - ale... mam coś do przekazania.
< Ktoś dokończy? >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz