Smukła postać, której sylwetkę prawie całkowicie zakrywał zbyt duży
płaszcz, sprężystym krokiem przemierzała kolejne uliczki miasta. Spod
obszernego kaptura elfki wystawał luźno spleciony, gruby warkocz.
Okrycie szarowłosej delikatnie powiewało na tle jednolicie granatowego,
ściemniającego się stopniowo nieba. Nadchodził zmrok. Po kilkunastu
minutach nieustannego marszu Lavender dotarła na miejsce.
Odetchnęła głęboko, opierając się o chłodną ścianę. Teraz albo nigdy. Miała tylko wejść, znaleźć odpowiednią osobę i zadać jej jedno, zwyczajne, całkiem taktowne pytanie, od którego zależało tak wiele. A potem wyjść. Nic więcej. To wcale nie takie trudne, jak się wydaje. Sądząc po dobiegających z pomieszczenia odgłosach, jego wnętrze wypełniała całkiem spora gromadka. Jedna osoba więcej czy mniej nie powinna wywołać nadzwyczajnej sensacji. Elfka obróciła się powoli i wyciągnęła dłoń. Klamka pod niewielkim naciskiem ustąpiła.
Momentalnie wyczuła niezbyt przyjemną mieszankę woni alkoholu, potu i krwi. Mimo woli drgnęła, bo znała skądś ten charakterystyczny zapach. I bynajmniej nie kojarzył jej się najlepiej.
Nie miała jednak czasu na kontynuowanie ponurych rozmyślań. Omiotła salę szybkim spojrzeniem, chcąc odszukać wzrokiem szlachcica, z którym pragnęła uciąć sobie krótką pogawędkę, ale nigdzie go nie zobaczyła. Co gorsza, nie podejrzewała, żeby taką osobistość, za jaką powszechnie był uważany mężczyzna cieszyło przebywanie w podobnym zakątku. Chyba popełniła błąd, choć tym razem naprawdę wiedziała, gdzie powinna pójść. Chciała zawrócić i dyskretnie zamknąć za sobą drzwi. Jak dotąd nikt nie zauważył obecności Lavender.
Gdy jednak zaledwie przekroczyła próg, rozemocjonowany tłum wbrew jej woli porwał ją do środka. Było tak ciemno i duszno, że sama nie do końca pojmowała, co dzieje się wokół. Słyszała bełkotanie, śmiechy, głośno wywrzaskiwane przekleństwa. Nagle jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności znalazła się w samym centrum zamieszania. Zobaczyła nad sobą uniesioną rękę, przygotowaną do ciosu. Błyskawicznie zrozumiała znaczenie tego gestu.
- Nie! - krzyknęła odruchowo, najgłośniej jak umiała. Mimo to głos zabrzmiał w jej uszach cicho i delikatnie. Zaraz potem poczuła, jak ktoś popycha ją mocno. Poleciała gwałtownie do przodu, wpadając prosto na stojącego przed nią osobnika. Tego samego, który wcześniej zamierzał ją uderzyć.
- P-przepraszam... - wyszeptała szybko, stojąc bardzo blisko niego - Ja nie przyszłam tutaj, żeby walczyć. To przez przypadek, ja nie... - dalsze słowa Lavender zagłuszyły kolejne okrzyki.
<Nithern?>
Odetchnęła głęboko, opierając się o chłodną ścianę. Teraz albo nigdy. Miała tylko wejść, znaleźć odpowiednią osobę i zadać jej jedno, zwyczajne, całkiem taktowne pytanie, od którego zależało tak wiele. A potem wyjść. Nic więcej. To wcale nie takie trudne, jak się wydaje. Sądząc po dobiegających z pomieszczenia odgłosach, jego wnętrze wypełniała całkiem spora gromadka. Jedna osoba więcej czy mniej nie powinna wywołać nadzwyczajnej sensacji. Elfka obróciła się powoli i wyciągnęła dłoń. Klamka pod niewielkim naciskiem ustąpiła.
Momentalnie wyczuła niezbyt przyjemną mieszankę woni alkoholu, potu i krwi. Mimo woli drgnęła, bo znała skądś ten charakterystyczny zapach. I bynajmniej nie kojarzył jej się najlepiej.
Nie miała jednak czasu na kontynuowanie ponurych rozmyślań. Omiotła salę szybkim spojrzeniem, chcąc odszukać wzrokiem szlachcica, z którym pragnęła uciąć sobie krótką pogawędkę, ale nigdzie go nie zobaczyła. Co gorsza, nie podejrzewała, żeby taką osobistość, za jaką powszechnie był uważany mężczyzna cieszyło przebywanie w podobnym zakątku. Chyba popełniła błąd, choć tym razem naprawdę wiedziała, gdzie powinna pójść. Chciała zawrócić i dyskretnie zamknąć za sobą drzwi. Jak dotąd nikt nie zauważył obecności Lavender.
Gdy jednak zaledwie przekroczyła próg, rozemocjonowany tłum wbrew jej woli porwał ją do środka. Było tak ciemno i duszno, że sama nie do końca pojmowała, co dzieje się wokół. Słyszała bełkotanie, śmiechy, głośno wywrzaskiwane przekleństwa. Nagle jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności znalazła się w samym centrum zamieszania. Zobaczyła nad sobą uniesioną rękę, przygotowaną do ciosu. Błyskawicznie zrozumiała znaczenie tego gestu.
- Nie! - krzyknęła odruchowo, najgłośniej jak umiała. Mimo to głos zabrzmiał w jej uszach cicho i delikatnie. Zaraz potem poczuła, jak ktoś popycha ją mocno. Poleciała gwałtownie do przodu, wpadając prosto na stojącego przed nią osobnika. Tego samego, który wcześniej zamierzał ją uderzyć.
- P-przepraszam... - wyszeptała szybko, stojąc bardzo blisko niego - Ja nie przyszłam tutaj, żeby walczyć. To przez przypadek, ja nie... - dalsze słowa Lavender zagłuszyły kolejne okrzyki.
<Nithern?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz