Layout by Raion

środa, 17 czerwca 2015

Od Asmistusa - Cd. Heleny

Przez cały czas dość zabawnej scenki Asmistus leżał z pół przymkniętymi oczami i zadowoloną miną. Spoglądał ze spokojem wokół, sycąc się wszystkim. Dawno nie nabawił się aż tak, kosztem innych oczywiście. Tym bardziej nerwowej kobiety. Zwykle traktowano go nieco inaczej. Chyba jednak dobrze zrobił dołączając do organizacji. Zawsze może zabić przywódczynię nieco później.
Ziewnął, przeciągając ciało leniwie. Wstał, prostując wielkie, czarne skrzydła.
- Jak się spało kochanie? Nie, nie mów. Na pewno cudnie skoro padłaś jak przysłowiowy zombie. - usiadł obok na łóżku i podkradł nieco śniadania.
Skrzywił się z odrazą.
- Ohyda. Jak możesz to jeść? Masz gdzieś wannę? - rozglądał się nieco sennym wzrokiem. - Bez porannej kąpieli jestem potworem.
Usłyszeli mocny huk i trzask, jakby pękającego drewna. Asmistus uśmiechnął się lekko.
- Chyba nasi goście dokazują bardziej niż chciałem. - stłumione krzyki dobiegały z parteru. Jakby wtargnęła tam cała grupa krasnoludów. Gdy jednak wszystko ucichło, demon wstał, z zamiarem pozbierania części ocalałych.
Wyszedł bez słowa z pokoju Heleny. Spojrzał jeszcze u progu.
- Nie kąp się beze mnie. - puścił jej oko, idąc niezbyt pospiesznie na parter.
Oczom ukazał się widok niczym po bitwie. Salon dosłownie w strzępach. Piękna sofa wyglądała jakby ostrzył sobie na niej pazury kot szablozębny. Krzesła niczym gryzak smoka, nawet nieco nadpalone. Tapety spopielone, żyrandol na podłodze, w co najmniej setce części.
Demon zagwizdał z podziwem.
- No ładnie. W tak krótkim czasie? Kojo? - zajrzał pod niewielki stolik ze śladami chyba pazurów. Niestety goblina nadal nie było. - Nie bój się, nie zabiję cię... jeszcze. - dodał szeptem.
Zajrzał do szafy z dziwnymi szkiełkami. O dziwo pozostały całe. Ostrożnie zamknął chwytając jedną filiżankę.
- Mordimer? Żyjesz jeszcze?
Ciche mamrotanie dobiegło od strony okien. Nie mógł zrozumieć słów ale nie zwiastowały niczego dobrego. Demon spokojnie podszedł, podrzucając filiżankę ze znudzeniem. Odsłonił zasłony i zamarł. W ścianie ziała pokaźna dziura do ogrodu.
- No... Helena mnie zabije. Trudno. - wzruszył ramionami idąc po śladach zniszczeń.
Podejrzewał co się stało. Zapewne w końcu zbudzono Bagaż z hibernacji. Może coś go wystraszyło i proszę. Pobawił się gryząc co tylko mógł.
- Biedaczysko. - wśród zadeptanej trawy spostrzegł resztki sofy i jakieś kwiatki. W końcu doszedł do wielkiej polanki, zapewne kiedyś całkiem urokliwej. Wyglądała teraz raczej jak pole bitwy. Na jedynym nie powalonym drzewie siedział Mordimer, rozczochrany i blady. Tuż obok Kojo, wczepiony w korę niczym kot. Na samym dole zaś wielki kufer podskakiwał na tysiącu nóżek, kłapiąc paskudnie wiekiem.
- Em... Bagaż? - wyszeptał.
Dziwna skrzynia stanęła odwracając się przodem do Asmistusa. Z niesamowitą prędkością podbiegła do właściciela. Obiegła wokół i stanęła otwierając wieko. W środku było czyste ubranie, ręczniki, i olejki do kąpieli. Najwyraźniej doskonale znał poranny rytuał.

<Helenko? ;) Dawaj wannę >

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz